poniedziałek, 13 lipca 2020

Wakacje i ich atrakcje

Wakacje w cieniu Covid'u
W tym roku wszystko mamy naznaczone pandemią. Po ponad trzech miesiącach siedzenia w domu w ramach edukacji zdalnej nadeszły wakacje. Mam wrażenie, że nie cieszymy się nimi tak samo jak w poprzednich latach. Praca i nauka w domu trochę przypominały dziwną hybrydę połączenie urlopu / chorobowego z pracą (szkołą). Można było dłużej pospać i chodzić w dresie cały dzień, ale swoje obowiązki należało zrobić. Dla wielu osób plany urlopowe się zmieniły, przepadły wczasy w zagranicznym kurorcie zaplanowane na początek wakacji. Urlop w kraju także bywa problemowy, gdyż mimo zniesienia obostrzeń w branży turystycznej pojawia się strach przed Covid'em. Podobno szczególnie ten problem dotyczy Ślązaków, którzy z powodu dużej liczby zachorowań w regionie bywają napiętnowani. Ponadto mimo, że staramy się żyć tak jak kiedyś wakacyjna swoboda  podszyta jest strachem przed  wirusem i kwarantanną. Najgorzej bowiem mają się osoby, którym wakacje pokrzyżowała choroba i kwarantanna. Powszechnie wiadomo, że sanepid nie radzi sobie z pandemią, w skutek czego ludzie zdrowi często siedzą na kwarantannie długie tygodnie.
Jeśli chodzi o nasze plany wakacyjne to jak na razie Covid ich nie zepsuł. Przed pandemią zarezerwowałam  na sierpień obozy dla dzieci, nie zdążyłam zarezerwować wyjazdu rodzinnego. Jednak po wielu tygodniach spędzonych w mieszkaniu zapragnęłam kontaktu z naturą.  Korzystając z możliwości swobodnego poruszania się zarezerwowałam w czerwcu tygodniowy pobyt w domku nad jeziorem żywieckim. Miałam problem ze znalezieniem wolnego noclegu, bo  wybrałam termin obejmujący długi weekend. Domek nie należał do najładniejszych i najtańszych, ale miał ogród i widok na jezioro. Zaplanowałam też z okazji zbliżających się urodzin spotkanie z dawno niewidzianymi bliskimi przy grillu. Jezioro, góry, obcowanie z naturą, spokój i relaks. To miał być przyjemny rodzinny urlop....

Wakacje z dziećmi to nie odpoczynek.
Myślę, że wielu rodziców niestety się ze mną zgodzi. Tym którzy mają inne doświadczenia szczerzę zazdroszczę. Nasze ukochane dzieci jak są małe są bardzo absorbujące. Często więc w wakacje zamieniamy porostu otoczenie w którym pilnujemy nasze pociechy. Już organizując wyjazd  nie myślimy o tym co zwiedzimy, tylko o atrakcjach dla najmłodszych. Sprawdzamy z trwogą pogodę, bo wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą. Jeszcze bardziej niż małe dzieci nudzą się nastolatkowie. Te "stworki - potworki" już nie bawią się na placu zabaw, wolą elektronikę od wycieczki  i cenią towarzystwo rówieśników bardziej niż rodziców. No i niestety często wybierają bycie "online", niż "offline".
Nie jest łatwo zorganizować atrakcyjne dla całej rodziny wakacje. Jeszcze trudniej jest zorganizować przyjemne wakacje gdy ma się pewne ograniczenia w postaci choroby, wózka inwalidzkiego czy diety. W naszym przypadku jest to dieta bezglutenowa i lek, który należy przechowywać w lodówce. Tak więc na wakacje wybieramy domki z aneksem kuchennym. Cześć prowiantu wozimy ze sobą, nie stołujemy się w restauracjach, a będąc na lodach pytamy o skład. Nie mamy wakacji od gotowania, lecz jemy taniej i zdrowiej niż przeciętny turysta. Na całe szczęście dieta bezglutenowa już nie budzi zdziwienia i z dostępem do produktów i posiłków bezglutenowych  jest coraz lepiej. Dla zainteresowanych podaję poniżej link do wykazu gastronomii bez glutenu. Ja raczej wybieram z tej listy cukiernie, bo młody na wiele zdrowych potraw ma "długie zęby".
https://menubezglutenu.pl/

Wakacje Mikołajka z ADHD.
 Wspominałam już we wcześniejszych wpisach, że dzieci z ADHD charakteryzują się nadpobudliwością i hiperaktywnością.Mają problem z cierpliwością, przebywaniem w jednej pozycji i zachowaniem ciszy. Dzieci te często zwracają uwagę swoim głośniom impulsywnym zachowaniem. Dla wielu rodziców (w tym mnie) przebywanie z adechadowcem w miejscu publicznym jest stresem. Kościół, muzeum czy restauracja to miejsca, których będąc z synem unikam. Tam należy być cicho, nie wolno biegać i dotykać, a przecież ręce i nogi aż "swędzą" by to zrobić, a buzia sama się otwiera. No i zazwyczaj jest tam po prostu nudno szczególnie dla dziecka z deficytem uwagi. Więc chociaż w teorii się wie jak należy się zachować trudno się kontrolować.
Poza wyjściem z dziećmi stresujące dla mnie bywa przebywanie w cudzym domu  i to z dwóch powodów. Po po pierwsze, bo coś może zniszczą, pobrudzą i po drugie jak zareagują nieznajomi na krzyki i kłótnie, których ciężko uniknąć.  Sąsiedzi w większości przypadków znając nas od lat postrzegają młodego jak urocze "żywe srebro". Wiedzą też że wrzaski za naszymi drzwiami nie oznaczają patologii, która wymaga interwencji.
Dotychczas mieliśmy szczęście trafiać na fajnych gospodarzy i mimo różnych zachowań dzieci nie było żadnego konfliktu.Chociaż nie obyło się bez nerwowych sytuacji po których miałam ochotę spakować manele i wrócić do domu. Tak było na przykład rok temu nad morzem, gdzie w pierwszy dzień młody zaraz po wejściu zaczął z impetem skakać po kanapie. Następnie wybiegł z domu trzaskając drzwiami, aż zegar ze ściany spadł. Więc po kilkugodzinnej jeździe miałam ochotę wrócić do domu. Reszta urlopu na szczęście była spokojniejsza, niż dzień przyjazdu.
W tym roku mieliśmy pecha trafić na nadgorliwego wynajmującego. Okazało się, że dom który wynajęliśmy zimą jest zamieszkany przez siedemdziesięcioletnich właścicieli. W lecie natomiast mieszkają oni w domku naprzeciwko. Dom był pełen różnych rzeczy ubrań, bibelotów i innych gratów gospodarzy. Właściciel z pozoru sympatyczny pan już na wstępie powiedział, że nie lubi wynajmować, bo z wynajmującymi są same problemy. Pierwszego dnia był u nas kilka razy  (przyniósł sól, potem cukier), następnego przyszedł na pogaduchy z moimi rodzicami, którzy nas odwiedzili. Wszystkie jego wizyty i telefony teoretycznie wynikały z dbałości o nasze zadowolenie, lecz nas frustrowały. Czuliśmy się obserwowani i pilnowani. Poza nadgorliwym właścicielem nerwową atmosferę wprowadzały dzieci, które pozbawione komputera i towarzystwa rówieśników narzekały na nudę i kłóciły się na potęgę. Któregoś dnia zadzwonił wynajmujący z pretensjami, że niszczymy jego mienie, bo pościel jest na balkonie i moknie.  Nie wiedziałam, że pościel jest na balkonie (młody ją tam wyniósł), tak samo jak nie wiedziałam, że pada. Bąknęłam "przepraszam" i poszłam na górę by sprawdzić co z tą pościelą. Deszcz ledwo kropił i róg kołdry był trochę mokry. Powiesiłam ją w pokoju nawrzeszczałam na syna za to, że zostawił  ją na deszczu. Pięć minut później kolejny telefon tym razem z pretensjami, że nie rozwiesiłam kołdry na suszarce stojącej pod dachem przed domkiem. Pan mówił do mnie jak do głupiej małolaty, która zostawia mokrą kołdrę by zgniła. W tym momencie nie wytrzymałam i nawrzeszczałam na gospodarza, mówiąc, że swoim zachowaniem psuje nam wakacje itp. Kiedy złość mi przeszła chciałam załagodzić konflikt, ale Pan jeszcze bardziej zaczął nas obrażać, więc zdecydowałam o wyjeździe. Wróciliśmy do domu trzy dni wcześniej i chyba tylko ja byłam rozgoryczona tym faktem. Dzieci wręcz były zadowolone z powrotu do domu. Żal mi było syna, bo był świadomy tego, że on był powodem tej awantury. Prawda jest jednak taka, że o wiele gorzej zachowywał się właściciel, który uprzykrzał wakacje swoją inwigilacją.

Jeszcze będzie cudownie
Na szczęście to nie koniec wakacji i mamy jeszcze inne wyjazdy zaplanowane. Dzieci mają jechać do cioci i na obozy (każdy z nich gdzie indziej). Natomiast ja, mąż i pies będziemy dreptać po górach i delektować się ciszą i widokami. Mam też w planach tydzień w którym zatroszczę się o siebie ćwicząc na turnusie rehabilitacyjnym.
Bardzo ważne jest by rodzina spędzała czas ze sobą, lecz także by był czas tylko we dwoje no i "solo".
Więcej o tzw. "life balance" napiszę innym razem.
Trzymajcie się zdrowo. NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI !!!

niedziela, 21 czerwca 2020

Spełniona "czterdziestka"

Stało się to co było nieuniknione, kartka z kalendarza się odwróciła po raz kolejny, a moje 39 przeszło w 40!!! W dzień moich czterdziestych urodzin tylko pogoda nie dopisała. Poza aurą za oknem to był wspaniały dzień, czułam się kochana, lubiana, piękna i wspaniała. 


Rycząca? nieee - spełniona - tak "czterdziestka"

 Mąż bardzo zadbał o to bym była zadowolona, zrobił smakowity obiad, upiekł pyszny bezglutenowy tort i podarował prezent od serca. Dzieci tego dnia też się starały i obyło się bez awantury. Ja także sprezentowałam sobie miłe chwile z wizytą u kosmetyczki i dniem z małymi przyjemnościami. Wiele osób dzwoniło i pisało do mnie by złożyć życzenia urodzinowe.

Ten dzień (podobnie jak kilka poprzednich) upłynął mi bardzo refleksyjnie. Z powodu okrągłej 40 dużo myślałam o sobie i moim życiu. I doszłam do tego satysfakcjonującego wniosku, że jestem szczęśliwa i spełniona.

Spotkałam się z tym, że kobietę w moim wieku określa się mianem "rycząca czterdziestka". Z ciekawości wpisałam teraz to określenie w Google oto  kilka definicji tego hasła:

  • kobieta w wieku około czterdziestu lat, która jeszcze jest atrakcyjna, ale czując, że się starzeje, stara się wykorzystać pozostały jej czas i zachowuje się nachalnie wobec mężczyzn
  • pot. potocznie dojrzała, kobieta ubierająca i zachowująca się jak nastolatka, próbująca ukryć upływ czasu.

Jak widać określenie to ma nieco prześmiewczy i negatywny wydźwięk. I tak mi się też kojarzy -  z łanią na rykowisku, która desperacko próbuje zwabić samca.

Uważam jednak, że przypisywanie czterdziestoletnim Panią zachowującym się w ten sposób takiej etykiety za niesprawiedliwe. Bo  co złego  jest w tym, że chcą wyglądać młodo i atrakcyjnie jednocześnie nie chcą być samotne?  Nie!  Tym bardziej, że o czterdziestolatku zachowującym się w ten sam sposób mówi się, że  "przeżywa drugą młodość".

Nie wiem czy ktoś patrząc na mnie nazwałby mnie "ryczącą czterdziestką.  Ja, choć ubieram się w dziale młodzieżowym (głównie ze względu na rozmiar) i staram się wyglądać atrakcyjnie uważam, że nie zasługuję na ten epitet.

Jestem natomiast kobietą ze sporym bagażem doświadczeń życiowych, świadomą siebie i przede wszystkim spełnioną.


Czterdziestka lepsza niż dwudziestka.

Wiele prawdy jest w powiedzeniu, że każdy wiek rządzi się własnymi prawami i ma swoje wady i zalety.

Z perspektywy lat wspominając moją młodość uważam, że teraz mam najlepszy czas. Mając lat dwadzieścia niepewnie stąpałam po początkującej dorosłości. Byłam wtedy zakompleksiona, samotna, z wielkimi marzeniami i kiepskimi perspektywami. Nawet młody wygląd nie był wtedy atutem, bo wyglądałam jak nieletnia nastolatka.

Kończąc trzydziestkę miałam  już poukładane życie, lecz czułam się zagubiona w macierzyństwie i zmęczona dorosłością. Nieco zaniedbana i niemyśląca o sobie uwsteczniająca się w rozwoju "matka polka".

Dopiero gdzieś  w okolicach 35 urodzin zaczęłam myśleć o sobie. Biorąc udział w rożnego rodzaju projektach zaczęłam korzystać z kursów i staży. Poszerzyłam swoje znajomości i horyzonty działań, pojawiło się coś więcej niż dom i dzieci. Polepszyło się też w moim małżeństwie, myślę, że z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dzieci mniej absorbują i mamy więcej czasu dla siebie. Po drugie otwarliśmy się bardziej na siebie, jesteśmy bardziej autentyczni wobec siebie dzięki czemu znamy siebie lepiej.

Uważam też, że pomimo "kurzych łapek" i pięciu kilo więcej wyglądam lepiej niż dwadzieścia lat temu. Dużo bardziej dbam o zdrowie i urodę, a także dobór garderoby. Nie wstydzę się przyznać, że na poprawę mojego wyglądu miały wpływ zabiegi kosmetyczne i operacja plastyczna. Mam piękny biust, który kiedyś był moim ogromnym  (a raczej mini) kompleksem, makijaż permanentny i uwielbiam hybrydę na paznokciach. Jem zdrowiej, dużo mniej stosuję tzw. używek i ćwiczę jogę.

W mojej metryce zatem  widzę zdecydowanie więcej plusów niż minusów.


Moje życzenia urodzinowe

Zdmuchiwać świeczki w kształcie cyfr 40 pomyślałam o tym żeby.... ciiiiiii bo się nie spełni.

Mam wiele planów i celów które chcę zrealizować. Chcę nadal się rozwijać i zdobywać wiedzę i doświadczenie w wielu zakresach. Ciągle wierzę, że mimo czterdziestu lat na karku odnajdę się zawodowo w czymś co da mi satysfakcję i pieniądze z wykonywanej pracy. Nadal chcę poznawać nowych ludzi i bywać w ciekawych i pięknych miejscach.

Przede wszystkim pragnę zdrowia, spokoju i stabilizacji życiowej. Postanawiam jeszcze bardziej o siebie zadbać, przede wszystkim "wrzucić na luz" i pozbyć się balastu stresu, który codziennie sama sobie dostarczam.

Ostatnio przeczytałam książkę "Szlag mnie trafił" autorstwa L. Grassa opisującą prawdziwą historię Pani Moniki, która w wieku 39 lat miała udar. Historia "Rudej" dała mi wiele do myślenia i otworzyła oczy na to co w życiu najważniejsze. Cieszę się, że córka w Empiku zauważyła tę książkę i zasugerowała (biorąc pod uwagę tytuł) że to jest książka dla mnie.

Kończąc mimo że, może banalnie to zabrzmi napiszę oczywistą oczywistość:

Żyjąc pamiętajmy że, życie to najcenniejszy, a zarazem najbardziej kruchy i tylko raz mam dany dar.

NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI !!!


poniedziałek, 1 czerwca 2020

Dzieciństo ma duże znaczenie



Ostatni tydzień był pod znakiem rodzinnego świętowania. Najpierw święto miały mamy, dziś dzień dziecka, a pod koniec miesiąca taty. Więc ten post będzie o tym co znaczy dla mnie macierzyństwo, a także o relacjach dziecko -rodzic.
Ja dziecko
Nie miałam beztroskiego dzieciństwa, ani też moje dzieciństwo nie było traumatyczne. Niepełnosprawność nie była dla mnie fizycznym utrudnieniem, ale wpływała na moje relacje rówieśnicze. Początkowo były one złe, ale z biegiem lat ulegały poprawie i udało mi się nawiązać kilka przyjaźni. W szkole też było różnie, byłam traktowana na równi z kolegami, ale też bywałam traktowana ulgowo lub przeciwnie miałam "przerąbane".
W domu czułam się kochana i akceptowana, lecz z drugiej strony pozostawiona samej sobie. Dzieciństwo miało słodko-gorzki smak. Wiem, że  rodzice mnie kochali ale nie postępowali odpowiedzialnie i  nieświadomie obarczali mnie swoimi problemami. Według mnie mama zbyt szybko wyszła za mąż i została matką. Tata mimo, że starszy od mamy nie dorósł do roli męża i ojca. Ona w wieku 20 lat została matką wcześniaka i nie miała oparcia w mężu. On mimo deklaracji, że kocha nie umiał wziąć odpowiedzialności za rodzinę i chciał żyć po kawalersku. Dlatego od wczesnego dzieciństwa patrzyłam na płacz matki, pijaństwo ojca i ich nieudany związek. Mimo, że brakowało mi pozytywnych wzorców dorastałam z przekonaniem, że ja mogę żyć lepiej i świat nie jest taki zły.
Nie wiem jaką córką jestem dla swoich rodziców.  Nie byłam łatwym dzieckiem. Z jednej strony miałam szalone pomysły, z drugiej byłam uparta. Lubiłam chodzić własnymi drogami i ekspresyjnie wyrażać emocje. Dziś niestety nie mam z rodzicami dobrych relacji. Mijamy się zupełnie w sposobie myślenia i życia. Najbardziej boli mnie to, że nadal ze sobą walczą obarczając mnie wzajemnymi pretensjami.  Mój dom rodzinny nie jest synonimem domowego ogniska. Jednak bardzo kocham moich rodziców i życzę im jak najlepiej. Martwię się o nich i staram się o nich dbać.

Ja matka
Zawsze marzyłam o byciu żoną i matką. Czułam, że jeśli nią zostanę to pokaże, że jestem pełnosprawną kobietą. Jednak widząc dwie kreski na teście byłam przerażona. Bałam się o to, czy poradzę sobie z małym człowieczkiem całkowicie zależnym ode mnie. Później do strachu przed macierzyństwem doszedł niepokój o zdrowie dziecka. Oczywiście miałam też pozytywne odczucia wobec stanu błogosławionego. Cieszył mnie ciążowy brzuszek i kopniaki maleństwa. Ze wzruszeniem patrzyłam na obraz usg i słuchałam galopującego tętna. Z przyjemnością wiłam gniazdko i prasowałam słodkie malutkie ciuszki. Porodu się nie bałam, ze względu na wąską miednicę i problemy neurologiczne miałam zaplanowane  c.c. Cieszę się, że moje dzieci przyszły na świat przez c.c. ponieważ oboje mieli ciasno okręconą pępowinę wokół szyi.  W walentynki 2007 roku zostałam mamą najpiękniejszej dziewczynki na świecie. Córka nie tylko była urocza ale też grzeczna i bezproblemowa. Od początku w opiece nad dzieckiem pomagał mi dumny tata i we dwoje doskonale radziliśmy sobie z maleństwem. Szybko chciałam mieć drugie dziecko, lecz ze względu na c.c. musiałam odczekać paręnaście miesięcy.  W styczniu 2009 roku znów byłam dumna, że jestem ciąży. Tym razem  zarówno ciąża jak  i pierwsze miesiące życia syna nie były łatwe. Być może wynikało to z jego problemów zdrowotnych, które zostały zdiagnozowane kilka lat później. Mimo wszystko bez pomocy babć, czy niań daliśmy radę z dwójką. Od początku macierzyństwa byłam mocno skupiona na swoich dzieciach. Do dzisiaj mój świat kręci się głównie wokół dzieci. Nie jest to "najzdrowsze" podejście do rodzicielstwa ponieważ dzieciom coraz bardziej ciąży matczyny oddech na plecach. Zdaję sobie sprawę, że za bardzo je kontroluję czuwając nad każdym krokiem . Moje "kwocze" postępowanie z jednej strony źle wpływa na nasze relację, z drugiej jednak zaowocowało zdiagnozowaniem syna. Pracuję teraz nad tym, żeby "wrzucić na luz".
Jakie są nasze relacje? Chyba trochę w włoskim klimacie. Bardzo się kochamy, jesteśmy dla siebie całym światem, jednocześnie często się ścieramy głośno wyrażając swoje emocje.  Okazujemy sobie miłość, czułość i zrozumienie, ale też frustracje, smutek i złość. Rozmawiamy, krzyczymy i milczymy, śmiejemy się i płaczemy prosimy, dziękujemy i przepraszamy.
Kocham bardzo swoje dzieci od samego poczęcia i będę je zawsze kochać. Mam nadzieję, że za 10-20 lat nadal będziemy dla siebie ważni.  Wszystkiego dobrego dla każdego z nas, bo każdy z nas był dzieckiem i jego cząstkę nadal w sobie nosi. NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI !!!

niedziela, 17 maja 2020

Edukacja zdalna w ADHDowskim (i nie tylko) wydaniu


Co szkoła to obyczaj

Mija już drugi miesiąc od kiedy dzieciaki nie chodzą do szkoły. Nauka w domu szumnie zwana zdalną edukacją stała się pandemiczną codziennością. Ministerstwo Edukacji  dało swoje wytyczne zbyt ogólne, by była mowa o ogólnopolskim standardzie realizacji programowej w trybie nauki zdalnej. Podobnie tak  jak w przypadku nauki tradycyjnej, tak i zdalnej jakość nauczania zależny od samego nauczyciela i jego zaangażowania w wykonywaną pracę. Prawdopodobnie nie bez znaczenia jest też to, w jakim stopniu dyrektor szkoły nadzoruje pracę swojej kadry. Przypuszczam, że najlepiej sytuacja wygląda w szkołach płatnych, gdzie rodzice ucznia są klientami płacącymi za szkołę jak za usługę. Koleżanka pracująca w takiej szkole zobligowana jest nie tylko do prowadzenia lekcji online wg. planu obowiązującego w semestrze, ale także do zmodyfikowania scenariusza lekcji. Zgoła odwrotna sytuacja jest zapewne w tych regionach gdzie jest duży problem z dostępem do komputerów i internetu.
Przeczytałam, że nauczyciele sygnalizują iż ok. 18% uczniów nie bierze udziału w zdalnym nauczaniu. Z jednej strony są rodziny biedne i co gorsze są też takie, w których oprócz biedy jest też alkohol i przemoc. W takich domach, gdzie na co dzień nie są zaspakajane elementarne potrzeby dzieci nie ma warunków do nauki. Obecna sytuacja obnaża więc mit o równym dostępie do edukacji w naszym kraju.Z drugiej strony są rodziny gdzie jest sprzęt, ale też są pracujący rodzice, którym ciężko jest nadzorować naukę zbuntowanego nastolatka pochłoniętego światem wirtualnym.
Moje dzieci chodzą do publicznej podstawówki w dużym mieście. Na początku pandemii nauka zdalna to był jeden wielki chaos. Nauczyciele wysyłali listę zadań do zrobienia poprzez różnego rodzaju komunikatory lub  nie "odzywali" się wcale. Od około miesiąca szkoła prowadzi zdalną naukę za pośrednictwem platformy  umożliwiającej prowadzenie lekcji online i zdalnej edukacji. Platforma wg. mnie jest fajnie pomyślana i ma wiele przydatnych funkcji. Niestety nie wszyscy nauczyciele (ale także uczniowie) nie umieją wykorzystać jej możliwości. Wprowadzenie takiego narzędzia powinno się wiązać z przeszkoleniem użytkownika z zakresu jego wykorzystywania.  Podczas obecnej formy nauczania uwydatniają się braki uczących w kwestii wykorzystania dobrodziejstw  technologii informatycznej w nauczaniu. W tym temacie swoimi umiejętnościami dzieciaki często przewyższają zarówno rodziców jak i nauczycieli. Niemniej jednak w "naszej" szkole zdalna nauka zaczyna "mieć ręce i nogi". Większość lekcji prowadzona jest online, dzięki temu dzieci mają kontakt z nauczycielem i kolegami.

Zdalna nauka w adhdowskim wydaniu to...

... swoista wojna domowa!
Przed nastaniem "ery corona wirusa" planowałam napisać nauce szkolnej  dziecka z ADHD. Mam nadzieję, że po wakacjach będę mogła napisać o tym jak wygląda edukacja syna w tradycyjnym, szkolnym wydaniu.  Teraz pozwolę sobie trochę ponarzekać na obecny stan - postaram się przy tym nie płakać, WRZESZCZEĆ i przeklinać.
We wcześniejszym poście wspominałam już o tym, że zaburzenie mojego syna wiąże się z deficytem uwagi. Deficyt uwagi = zła koncentracja = problemy w szkole. Dziecko z ADHD ma problem nie tylko z samą nauką ale też z ogarnięciem szkolnej rzeczywistości. Często jest nieuważne na lekcji, nie zapamiętuje omawianych informacji, nie notuje, nie wie co jest zadane do domu itp. Na sprawdzianie zamiast na pisaniu odpowiedzi skupi się na szukaniu odpowiedniego pisadła lub przeoczy kilka zadań.  W przypadku  dzieci z ADHD na szkolny sukces, czy porażkę większy wpływ mają nauczyciele i rodzice niż sam uczeń. Tak więc w trosce o syna pilnuję jego obowiązków szkolnych. Przygotowuję do sprawdzianu, pilnuję odrabiania zadań i spakowania plecaka. W pakiecie bycia mamą adhdowca przypadła więc mi rola szkolnego kapo. Mimo, że staram się rzetelnie wykonywać obowiązki "strażnika edukacji" i tak zdarzają się złe stopnie. Mama przypilnuje, żeby się spakował, ale nie ma już wypływu na to czy się wypakuje. Podobnie nie powie na lekcji "skup się", gdy młody myślami gdzieś "odleci". Już podczas standardowej nauki i lekcjach w szkole nie jest lekko, bo to co było  na zajęciach praktycznie musimy przerobić raz jeszcze. Teraz niestety jest o wiele trudniej, bo z jednej strony muszę pilnować harmonogramu lekcji. Z drugiej według syna zadaję dużo materiału do nauki żeby zrobić mu na złość. No i co najważniejsze, gdy dzieci są w szkole mamy czas by od siebie odpocząć i za sobą zatęsknić. Obecnie, gdy od samego rana wchodzę w rolę szkolnego strażnika często popołudniu jesteśmy skłóceni i nie mamy ochoty na wspólne towarzystwo.
Poza tym pozostaje jeszcze sprawa czasu spędzonego przed komputerem.Jak wiadomo nadmiar bodźców pochodzących z elektroniki szkodzi dzieciom, a przy ADHD szkodzi jeszcze bardziej. Moje dzieci, podobnie jak większość dzieciaków, mają duży problem oderwać się od elektroniki. Gry, kanały na youtube i komunikatory pochłaniają je bez pamięci. Wcześniej korzystali z elektroniki głównie w celach rozrywkowych, wolnym czasie przez okres ustalonego dziennego limitu. Teraz gdy komputer stał się ich szkolnym przyborem czas spędzony przy nim  znacznie się wydłużył. Oprócz lekcji online należy zapoznać się z przysłanymi informacjami i odesłać zadanie. Najgorsze jest jednak to, że dzieci bardziej ciągnie do łatwej rozrywki, niż do przyswajania wiedzy. Zdarza się oszukiwanie rodziców i nauczycieli podczas zdalnej nauki. Wyciszone mikrofony, pootwierane zakładki z grami i filmikami to nagminne zachowania zwłaszcza u nastolatków. Czuję rozgoryczenie kantowaniem i robieniem w przysłowiowego balona przez własną piersią wykarmione potomstwo. Mogłabym przestać się wciekać i udać, że nie widzę, ale nie zgadzam się na takie zachowanie dzieci. Dlatego razem z mężem programistą staramy się zrobić wszystko by ukrócić ten proceder. Tak wojna domowa z edukacją w domu (nie mylić z domową) w tle trwa....

Zdalna edukacja to nie edukacja domowa

Spora część społeczeństwa obecną sytuację uczenia się dzieci w domu mylnie nazywa edukacją domową. Edukacją domowa z obecną sytuacją, poza tym, że dzieci nie chodżą do szkoły ma niewiele wspólnego. Edukacja domowa jest najwcześniejszą formą nauki, która istniała dużo wcześniej niż obowiązek szkolny. Dawniej to głównie niepracujące matki zajmowały się uczeniem swoich dzieci w domu. Nie wchodząc w szczegóły historii edukacji domowej  napiszę  tylko, że od 1991 roku w Polsce obowiązek szkolny można realizować w  takiej formie.
Dziecko jest zapisane do danej szkoły lecz nie jest uczone przez nauczycieli, uczy się z w domu z rodzicami, a w późniejszym etapie samo. Taki uczeń jest zobowiązany do opanowania podstawy programowej danego przedmiotu, a następnie zaliczenia go podczas egzaminu. Nie znam jednak szczegółowszych informacji na temat ustawowych wytycznych dotyczących nauczania domowego,  Z tematem edukacji domowej zetknęłam się kilku lat temu, gdy brat męża razem z żoną taką formę nauki wybrali dla swoich dzieci. Moim zdaniem edukacja domowa ma wiele niezaprzeczalnych plusów:
  • przerabiane danego materiału można indywidualnie dostosować do potrzeb, umiejętności, zainteresowań i  cech osobowości danego dziecka,
  • uczenie może odbywać się w dogodnym miejscu, czasie i formie,
  • nauka zajmuje mniej czasu (odpadają szkolne formalności i nie ma "szkoły po szkole"),
  • dzieci często uczą się praktycznie i mogą skupić się na tym co je interesuje (bratankowie między innymi, zrobili inkubator z którego wykluł się kurczak będący kolejnym zwierzakiem domowym);
  •  dzieci nie doświadczają szkolnej przemocy.
Pewno można by się dopatrzeć się minusów tej formy nauczania, ale to  zależy od danego dziecka, rodzica i ich podejścia do nauki.. Takiej formie nauki zarzuca się  brak kontaktów rówieśniczych, lecz patrząc na rodzinny przykład widzę, że dzieciaki socjalizują się podczas tzw. "zajęć dodatkowych". Z całą pewnością edukacja domowa wymaga dużo większego zaangażowania rodzica i dziecka w naukę niż podczas nauki szkolnej. Bardzo podoba mi się idea edukacji domowej i przez jakąś chwilę się zastanawiałam nad rezygnacją ze szkoły. Jednak doszłam do wniosku, że w naszym przypadku nie będzie to dobre rozwiązanie. Myślę, że w większości rodzin borykających się z problemem ADHD  zarówno dziecku jak i rodzicom potrzebny jest czas "odpoczynku od siebie".
To tyle na dziś, NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI!!


niedziela, 3 maja 2020

Witaj majowa jutrzenko

 

Zamiast nienapisanego

Zaczynając pisać bloga obiecałam sobie, że będę publikować posty co dwa tygodnie. Niestety posta planowanego na zeszły tydzień  nie opublikowałam, ba nawet nie skończyłam pisać. Stało się tak, że temat który postanowiłam poruszyć okazał się dla mnie zbyt osobisty i trudny. Mam nadzieję, że jeszcze wrócę do posta "Ciemna strona Wenus" i będę gotowa podzielić się moimi odczuciami wobec biologicznego aspektu bycia kobietą (bo o tym miał być kolejny wpis).
Przewrotnie tak jak nie spodziewałam się, że posta temat kobiecości nie ukończę, tak nie spodziewałam się, że wezmę się za pisanie posta dotyczącego demokracji i Polski.  Właśnie dziś w 229 rocznicę uchwalenia pierwszej w Europie i drugiej na Świecie Konstytucji chciałabym napisać o moich przemyśleniach dotyczących polskiej demokracji.

"Kto ty jesteś? Polak mały..."

 Urodziłam się w kilka lat przed zmianą ustroju w Polsce i jak przez mgłę pamiętam wybory prezydenckie w 1990 roku nazywane pierwszymi wolnymi wyborami prezydenta powojennej Polsce.  Choć miałam 10 lat pamiętam podniosłość tej chwili, kiedy razem z rodzicami szłam do lokalu wyborczego. Dużo lepiej pamiętam referendum  w sprawie Konstytucji w 1997 roku i choć jeszcze nie mogłam brać w nich udział  przeczytałam dostarczaną do każdego domu książeczkę z tym najważniejszym aktem prawnym. Uczucie podniosłości chwili towarzyszyło mi także podczas pierwszych wyborów w których jako osoba pełnoletnia brałam udział. Wtedy miałam poczucie, że mogę wpłynąć na sytuacje w kraju i ode mnie zależy to jak będą rządzić Polską. Naiwność nieopierzonej dorosłości szybko mnie opuściła i  pozostała kropla rozczarowania tym co się dzieje na arenie politycznej kraju. Idąc na kolejne wybory coraz częściej nie potrafiłam wybrać kandydata którego popieram i oddawałam mój głos był przeciw innemu. Niestety z biegiem lat kapiąca kropla po kropli przekształciła się w rzekę rozgoryczenia, którą odczuwam dzisiaj.
Pierwszy raz czuję wielki niepokój o to, co z tą Polską będzie.  Nie dość, że  gospodarka tonie z powodu pandemii, to jeszcze  na moich oczach umiera polska demokracja. Nocne posiedzenia sejmu, pisana w pospiechu ustawa o wyborach korespondencyjnych i manipulacja medialna to wg. mnie działania mające cechy reżimu.
Zaledwie tydzień przed wyborami prezydenckimi nie ma zatwierdzonego aktu prawnego określającego zasady przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych, a w obecnej sytuacji niewyobrażalne jest także przeprowadzenie wyborów w lokalach wyborczych. Ponadto w warunkach izolacji nie było możliwości przeprowadzenia dla większości kandydatów kampanii wyborczej. W tej sytuacji uprzywilejowani był jeden kandydat często pokazywany w samych superlatywach w telewizji publicznej . Tak więc, czy wybór prezydenta może się obecnie odbyć w sposób demokratyczny?
Dziś jeszcze nie wiem co będzie za tydzień,  lecz obawiam się, że ustawodawca zobowiąże mnie do odesłania karty wyborczej, czyli wzięcia udziału w korespondencyjnych wyborach. A co za tym idzie posiadane prawo wyborcze, nie będzie już prawem tylko nakazem ograniczającym moją wolność obywatelską zagwarantowaną w Konstytucji. Poza tym prawdopodobne jest także, że w związku z przeprowadzeniem w tej formie wyborów prezydenckich zostanie złamanych kilka innych przepisów prawnych obecnie obowiązujących w Polsce.

Z okazji Święta Konstytucji życzę Tobie Polsko i Sobie - Polce:

  • rządzących stojących na straży Konstytucji i obowiązująco prawa,
  • rzeczywistego trójpodziału władzy, czyli niezawisłości sądownictwa i faktycznego oddzielenia władzy wykonawczej od ustawodawczej,
  • prawdziwie świeckiego państwa z widocznym oddzieleniem państwa od kościoła,
  • wyborów poprzedzonych równą kampanią i zachowujących zasadę powszechności, dobrowolności i tajności głosowania,
  • równości wobec praw i obowiązków dla wszystkich obywateli, bez stosowania przez rządzących zasady "co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie",
  • odbudowy gospodarki i umocnienia polskiej waluty.
Tymi życzeniami kończę dziś mój post, mam nadzieję, że moją szczerością na temat obecnej sytuacji  politycznej nikogo nie uraziłam, ani do siebie nie zraziłam. 
NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI !!!

 

sobota, 11 kwietnia 2020

Uważaj czego pragniesz, bo może się spełnić.

Parę lat temu mieliśmy święta wielkanocne w śniegu i to było coś  niezwykłego, ale tak "innej" Wielkanocy jak w tym roku niewielu przeżyło. Starsze pokolenie pamięta organizowane wbrew władzom państwowym msze i długie ogonki kolejek pod sklepami. Jednak msze w pustych kościołach i sobota wielkanocna bez święcenia pokarmów to niewyobrażalny fakt, który niestety dziś ma miejsce.
Odkąd wyszłam za mąż praktycznie każde święta spędzałam w rozjazdach odwiedzając rodzinę z obu stron. Nie ukrywam, że takie świętowanie było dla mnie męczące, gdyż w gościach nie zawsze można zachowywać się swobodnie (np.  pójść na drzemkę) i błogo leniuchować. Poza tym ze względu na bezglutenowego syna mimo statusu gościa piekłam i przygotowywałam świąteczne potrawy. Ludzie którzy mnie znają wiedzą, że za kuchnią nie przepadam. Natomiast ci którzy znają mnie jeszcze bardziej wiedzą, że jestem z natury perfekcjonistką. Więc z reguły robię wszystko wg. zasady nie "chcem, ale muszem", bo "co ludzie powiedzą".  (Pracuję nad sobą by już tak nie robić między innymi podczas sesji psychoterapii). No i nie ukrywajmy temperatura w czasie  rodzinnych biesiad bywa tak różna  jak podczas polskiej wiosny.
Tak więc już od dawna marzyłam o świętach bez wyjazdów i "napinki", spędzonych  leniwie tylko  we czwórkę.  No i proszę, w tym roku mogę do siebie powiedzieć "chciałaś głupia babo, to masz".  Oczywiście nie o takich świętach dla siebie i bliskich marzyłam. Nie pragnęłam izolacji, uczucia strachu podsycanego ciągle aktualizowaną statystyką ofiar wirusa.  Poza tym mimo, że nie jestem gorliwą katoliczką to w święta odczuwam potrzebę pójścia do kościoła i przyjęcia sakramentów. Co prawda są transmisje nabożeństw on -line, ale to tak jak oglądać koncert - można słuchać, można śpiewać, lecz atmosfery nie poczujesz.
Patrząc za okno najbardziej żal mi dzieci, gdyż od prawie miesiąca siedzą zamknięci w domu. Są pozbawieni możliwości biegania i zabawy na świeżym powietrzu. Mają nikły kontakt z rówieśnikami i coraz bardziej tęsknią za "normalną" szkołą.
Ale jest, jak jest i na izolację z powodu ataku niewidzialnego gołym okiem wroga nie mamy wpływu.
Więc postanawiam zająć się tym na co mam wpływ i tak jak obiecałam w poprzednim wpisie podzielę się z Wami moimi sposobami na fajne spędzanie czasu i czerpanie radości z życia w tym trudnym okresie.
  • Ograniczam słuchanie i czytanie wiadomości na temat pandemii.

     

    Myślę, że zminimalizowanie informacji dotyczących COVI - 19, jest konieczne, by porostu nie oszaleć. Niepokojące informacje z kraju i ze świata, dobiegają do nas z różnych źródeł przynajmniej kilkanaście razy na dobę. Taki stan rzeczy może wywoływać permanentny niepokój i lęk co może prowadzić bezsenności, problemów zdrowotnych (nasze ciało w różny sposób reaguje na stres), a nawet depresji i myśli samobójczych. Dlatego wiedząc, że z natury jestem wrażliwcem, który szybko reaguje na zewnętrze bodźce postanowiłam ograniczyć ich dopływ. Nie słucham radia, nie oglądam TV i ograniczyłam czytanie wpisów internetowych. Najważniejsze informację i tak do mnie docierają ( mąż coś powie, mama zadzwoni, czy "ALERT" do mnie napisze smsa).
  • Staram się dużo robić, mało myśleć.

Może "mało myśleć" nie brzmi to dobrze, ale w obecnej sytuacji zastąpienie myślenia działaniem jest receptą na to by nie zwariować. Mam wypełniony dzień od rana do wieczora, robię dużo więcej niż wtedy, gdy było "normalnie". Czas między innymi wypełnia mi spacer z psem, joga, nauka szybkiego czytania czy bezwzrokowego pisania. Poza tym zwykłe codzienne obowiązki: pranie, sprzątanie, gotowanie i nadzorowanie szkolnych obowiązków. Pomimo, że nikt nas nie odwiedza i rzadko wychodzimy pilnuję by dom był czysty, a domownicy schludnie ubrani i uczesani. Dzieci chciałyby chodzić non-stop w piżamach, lecz nie zgadzam się na to, mogą natomiast ubierać to co lubią najbardziej. Tak więc młoda nosi bluzki na ramiączkach, a młodszy gruby  kombinezon-strój "Pikachu".

  • "Karmię się" wszystkim co  pozytywne.

   Robię wszystko co sprawia mi przyjemność i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Czytam zarówno dla relaksacji jak i dla poszerzenia horyzontów. Słucham audiobooki, równolegle dwa: pierwszy obyczajowy, drugi z gatunku rozwoju osobistego. Korzystam z dobrodziejstwa jakie niosą internet i aplikacje w telefonie. Słucham, czytam, oglądam, a nawet uczestniczę w darmowych webinariach. Poza tym spędzam miło czas z rodziną grając w planszówki, czy robiąc coś kreatywnego (np. wspólnie robimy prace plastyczne - każdy tworzy swoje dzieło). Słucham energetycznej, pozytywnej muzyki (ostatnio odkryłam rege) i tańczę. Bardzo lubię słuchać pozytywnych afirmacji i relaksacji.
Staram się też dostrzegać pozytywy sytuacji. Cenie sobie zaradność finansową męża, 63 metry z balkonem i to, że pies nie korzysta z kuwety.
W mojej top liście "umilaczy" czasu znajdują się:
1. "Przyjaciele"- kultowy serial komediowy z przed 25 lat (znajdziesz w necie i TV)
2. "Uwaga! Naukowy bełkot" - kanał na YouTube (https://www.youtube.com/channel/UC_7PqixGIdE-jjoHKMPYpGA)
3. "Polimaty 2" - kanał na YouTube  (https://www.youtube.com/user/Polimaty/about)
4. Joga na You Tube   Małgorzata Mostowska  
5, Żyj pozytywnie ze Skalską  (https://www.youtube.com/channel/UCWSrcKORr6Wly2RTHAZt_dQ)
6."Depresjologia" i "Optymizm mimo wszystko"- Agata Komorowska ( książki także w wersji audio)
7. "Dwóch papieży", "Historia małżeńska"  - filmy (Netflix)
8.   "Cankazone", "Dominium", "Wsiąść do pociągu" (moje ulubione planszówki)
9. Skype, (aplikacja do telekonferencji przy piwku z koleżankami ;-))
10.  Kurnik (strona z grami on-line)https://www.kurnik.pl/)


 Dziś kończąc mój post chcę Wam życzyć wszystkiego najlepszego w te Święta. Zdrowia, zdrowia
i jeszcze raz zdrowia.  Trzymajcie się ciepło .
Niech MOC BĘDZIE Z NAMI!!!

niedziela, 29 marca 2020

Stan epidemii = stan depresyjny

Kurcze jak tu pisać o ADHD, jak życie krąży wokół koronawirusa i kwarantanny. Więc będzie o życiu w tych trudnych czasach i wielkim dole jaki mnie dopada. Bo jak śpiewał klasyk "czasami człowiek musi, inaczej się udusi uuuuu ...".
Wczoraj rano pokłóciłam się z mężem o śniadanie (powód prozaiczny), pewnie innym razem nie nazwałabym tak tej wymiany zdań, ale nie wtedy. Po krótkiej kłótni wróciłam do łóżka skuliłam się pod kołdrą i zaczęłam płakać, a właściwie ryczeć. Łzy się lały, gile z nosa wisiały, a ja wyłam i wyłam. Być może to babskie PSM (które tak samo jak ADHD naprawdę istnieje). Jednak bardziej prawdopodobne, że jest to  reakcja na obecną sytuację.  
Mimo, że nie mam złej sytuacji, bo nie muszę się martwic o pracę i pieniądze (na razie), nie drżę o zdrowie swoje i bliskich ( dotychczas nie ma wśród nich potwierdzonego COVID-19) to i tak mam dość tej chorej sytuacji.  Pewno każdy z nas ma dość i ma na to wiele argumentów. Ciekawe ile ja znajdę powodów  na CHCĘ MI SIĘ WYĆ ? Mimo, że jeszcze nie wiem ile tego wyjdzie robię sobie wyzwanie i deklaruję, że  w następnym poście będą kontrargumenty czyli xxx sposobów na doła.

1.Czuję niepewność i strach.

Od kilku dni towarzyszy mi poczucie zagrożenia. Nie umiem nawet dokładnie określić czego się obawiam. Oczywiście, że boję się o zdrowie swoje i bliskich. Kilka tygodni temu nie bałam się wirusa z Chin, ponieważ sądziłam, że to coś podobnego do grypy. Wiadomo, że po "zwykłej" grypie są różne powikłania i ludzie umierają. Jednak informacje dochodzące  z całego świata, a zwłaszcza z Chin, Włoch i Hiszpanii wskazują, że ten wirus zbiera śmiertelne żniwo i nie można go do grypy porównywać.
Boję się także, że jeszcze długo pozostaniemy w społecznej izolacji i że minie sporo czasu zanim wszystko wróci do normalności. Być może już nie będzie tak samo, jak było przed pandemią.
Martwi mnie też to w jakiej kondycji gospodarczej będzie Polska i do jakich działań posunie się nasz miłościwie panujący rząd. Już  odbyło się nocne głosowanie nad zmianą ordynacji wyborczej, co jest niezgodne z prawem.  Partia rządząca po raz kolejny pokazuje, że jest ponad prawem i może wszystko.
Uczucie niepokoju wzbudza we nie także panująca atmosfera, puste i zamknięte place zabaw otoczone taśmą. W momencie pisania bloga słyszę głoszony komunikat (przez jeżdżąca po osiedlu policję) nawołujący do pozostania w domu. Uważam,  to działanie  za niewłaściwe, gdyż wzbudza ono lęk przede wszystkim w dzieciach, które nie do końca rozumieją co się dzieje, ale czują, że to nic dobrego. Mój syn się boi, że się zarazi i umrze, ale jak sam mówi, bardziej się boi o nas i oto, że nas zabraknie i zostanie sam. Staramy się mu tłumaczyć, że nie jesteśmy w grupie ryzyka i nie rozmawiać o pandemii. Ale działania prewencyjne policji nie pomagają.

2. "ZOSTAŃ W DOMU" vs ADHD

Dzieci z nadpobudliwością psychoruchową z reguły nie potrafią usiedzieć na miejscu. Mają duża potrzebę ruchu, biegają, skaczą, krzyczą. Z powodu zaburzeń koncentracji często szybko im się nudzi to co obecnie  robią i  potrzebują częstej zmiany.  Przymusowe siedzenie w  domu jest trudne dla każdego z nas, a zwłaszcza dla dzieci, które odczuwają naturalną potrzebę ruchu i zabawy. Dzieci z ADHD potrzebują tego jeszcze i jeszcze bardziej. Moje dziecko także bardzo cierpi z powodu ograniczonej możliwości wybiegania się, a my cierpimy przez to chyba jeszcze bardziej. Pewno to cierpienie dotyczy także naszych sąsiadów ;-). Ponadto takie dzieci nie zawsze  rozumieją, że obowiązujące nakazy i zakazy to nie  wymysł  rodziców, ale ogólnokrajowe przepisy. Wszystko to prowadzi do frustracji o którą u ADHDowca nietrudno.
Największą frustrację powoduje u syna konieczność nauki w domu. Zaznaczę nie mylić z domowym nauczaniem, ponieważ w domowym nauczaniu to rodzić i dziecko decydują, w jaki sposób i w jakiej kolejności przerabiana jest to podstawa programowa. Jak na razie klasa syna nie ma też lekcji online tylko otrzymujemy dyspozycje nauczycieli dotyczące tego co dzieci mają zrobić. Jednym z gorszych tematów do przerobienia było pismo techniczne. Syn ma problem zarówno  z kaligrafią jak i koncentracją. Tak więc podczas nauki pisma technicznego działy się sceny dantejskie. Młody płakał, wrzeszczał, wylądowywał złość na przedmiotach i ludziach (zazwyczaj na mnie). Z innymi lekcjami jest różnie, ale zazwyczaj jest to przysłowiowa "orka na ugorze". Moje dziecko nigdy nie było fanem szkoły, lubi zajęcia sportowe, informatykę i plastykę. Pozostałe lekcje uważa za nudne. Poza tym szkołę lubi  za przerwy igrę w ping -pong i bibliotekę. Obecnie  nie ma tego co w szkole było fajne, została nauka. Zarówno ja jak i niektórzy nauczyciele staramy się to domowe przyswajanie wiedzy uatrakcyjnić, ale lekko nie jest.
Dlatego u nas w domu jest więcej konfliktów płaczu i krzyku niż zazwyczaj. Pomimo, że pierwszą rzeczą jaką kupiłam, gdy ogłosili zawieszenie zajęć dydaktycznych były leki uspokajające (najlepsze jakie można kupić bez recepty) coraz częściej nerwy puszczają i staję się "ryczącą czterdziestką". Dzieje się tak ponieważ nie mam możliwości doładować mojej baterii cierpliwości.
Na pewno byłoby łatwiej gdybym poszła za radą koleżanek; "olała" szkolne obowiązki i pozwoliła korzystać młodemu bez ograniczeń z elektroniki. Lecz wiem, że nie mogę teraz "odpuścić", bo w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy odczuwać tego negatywne skutki.
Niedawno po kilku miesiącach zastanawiania się nad leczeniem syna "Medikinetem" postanowiliśmy spróbować . Lek miał poprawić jego koncentrację, niestety nie widzimy rezultatów  i przerwaliśmy leczenie.
Oczywiście są też dobre strony przebywania razem w domu. Więcej czasu spędzamy wspólnie, rozmawiamy, gramy w planszówki i wygłupiamy się. Ale każdy z nas ma już serdecznie dość tej izolacji.

3. 24h/24h w domu

Z pewnością nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że mam dość siedzenia non-stop w domu. Od kilkunastu dni wychodzę z domu tylko na spacer z psem (kolejny plus z posiadania psa). Zakupy mąż zarezerwował dla siebie ;-). Co do męża natomiast to bardzo go kocham, ale mam dość jego zdalnej pracy. Przez kilka godzin nie możemy  hałasować i swobodnie się zachowywać we własnym domu, gdyż  albo  ma "tele" albo gada przez telefon. Często złości się na nas jak zapominamy, że pracuje i coś od niego chcemy. Zdecydowanie wolę, gdy wychodząc do pracy daje mi buziak na pożegnanie, a jak wraca to możemy porozmawiać o tym jak minął dzień. Owszem mamy teraz dużo czasu, lecz tak naprawdę  bardzo ograniczone sposoby na jego spędzenie. Dzień do dnia podobny.  
Mam tylko nadzieję, że ten "areszt domowy" skończy się przed latem. Na szczęście po "czasie koronowirusa " będziemy mogli znów korzystać, że swobody poruszania się. Niestety nie wszyscy mają takie szczęście. Ostatnio moja koleżanka na wózku w poście na FB  zwróciła uwagę na fakt, że ona (tak jak i inne osoby niepełnosprawne) od lat  spędza czas głownie w "czterech ścianach".
Dobrze by było, gdyby czas przymusowej izolacji natchnął osoby odpowiadające za infrastrukturę i komunikację do  poprawienia dostępności dla osób niepełnosprawnych.

Moja złość i żal powoli mija więc już nie będę narzekać na stan obecny. Trzymajcie się ciepło,
NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI !!!


sobota, 21 marca 2020

21 marca - Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa

W ostatnim czasie z powodu obecnej sytuacji prawie wszystkie posty na portalach społecznościowych  dotyczą koronawirusa i nic w tym dziwnego. Pokolenie nasze i naszych dzieci po raz pierwszy doświadczają życia w poczuciu ogólnospołecznego zagrożenia, niepewności i ograniczenia swobody. Lecz niezmienne pozostaje to, że życie toczy się dalej, czas się  nie zatrzymał, a kalendarz pokazuje koleją datę.
Dziś jest 21 marca i choć za oknem tego nie widać, a przedszkolaki nie zrobiły tradycyjnej marzanny jest to pierwszy dzień kalendarzowej wiosny. 21 marca jest także Światowym Dniem Osób z Zespołem Downa. Od kilku lat dla uczczenia tego dnia zakładamy skarpety nie do pary symbolizujące niesparowany chromosom. Ja też takie włożyłam, gdyż tematyka osób z Zespołem Downa jest  mi bliska.  Mój wujek (najmłodszy brat mamy) ma tę wadę genetyczną.

Na czym polega specyfika tej choroby

Przypuszczam, że większość ludzi kojarzy osoby dotknięte tym schorzeniem ponieważ charakteryzuje je specyficzny wygląd i jest to jedna z najczęściej występujących  zaburzeń chromosomalnym u ludzi. Zespół Downa to zespół wad genetycznych zwany również trisomią 21. Pierwsza nazwa pochodzi od nazwiska angielskiego lekarza John Langdon Down'a, który  pod koniec XIX wieku opisał podobieństwo do siebie grupy osób z odmiennym rozwojem, które nie były ze sobą spokrewnione i opisał 12 wspólnych dla nich cech. Druga dotyczy anomalii chromosomu 21, która odpowiada za wystąpienie tego schorzenia już w życiu płodowym. Szacuje się, że aż 1:80 płodów dotkniętych jest tą wadą, lecz do dnia porodu przeżywa co siódme dziecko. Przebieg ciąży oraz stan zdrowia i tryb życia matki nie mają wpływu na wystąpienie choroby. W zespole Downa w każdej komórce organizmu (postać pełna) lub w części komórek (postać mozaiki) jest nadmiar materiału genetycznego.Przyczyną obecności dodatkowego chromosomu 21. W każdej komórce dziecka jest nieprawidłowy rozdział chromosomów, jaki następuje przy powstawaniu komórek potomnych.
Tylko niewielki procent choroby jest wynikiem dziedziczenia nieprawidłowości występujących w genotypie rodziców. Na zwiększone prawdopodobieństwo wystąpienia trisomii 21 ma wpływ wiek matki, kobiety po 40 roku życia 10 razy częściej rodzą chore dzieci. Ma to związek ze starzeniem się komórek rozrodczych.
Cechy zewnętrzne najlepiej widoczne są na twarzy. Należą do nich: skośnie w górę ustawione szpary powiekowe, zmarszczka nakątna, jasne plamki na tęczówce oka, krótki grzbiet nosa, nisko położone, małe, małżowiny uszu, zwężony przewód słuchowy zewnętrzny. Charakterystyczne są też  krótkie dłonie i stopy, poprzeczny przebieg linii głównej na dłoniach, duży odstęp pomiędzy paluchem i drugim palcem obustronnie u stóp czy obecność tak zwanej bruzdy sandałowej na podeszwach. Cech tych jest znacznie więcej, ale nie u wszystkich musi każda wystąpić,   Ponadto typowe jest występowanie wad wrodzonych np.: serca, wad w budowie kośćca, w budowie układu pokarmowego.  Kobiety  z Z.D. mają problem z płodnością, mężczyźni są  zazwyczaj bezpłodni. Charakterystyczna przy tym schorzeniu jest także długość życia, ze względu na szybsze starzenie się komórek  tylko50% chorych przekracza pięćdziesiątkę.
  Osoby z Zespołem Downa  są także upośledzone umysłowo od stopnia lekkiego do znacznego. Stopień upośledzenia zależy zarówno od genetycznego obciążenia, jak i od czynników środowiskowych wzmacniających rozwój lub działających szkodliwie.


Diagnoza i leczenie 

Zespół Downa obecnie diagnozowany jest już w wieku prenatalnym. Do badań nieinwazyjnych mogących zdiagnozować wystąpienie u płodu Z.D. należą USG oraz biochemicznych z krwi matki (najczęściej  test PAPP-A).

Podczas USG bada się między innymi:
  • Przezierność karkową - pomiar przezierności karkowej u płodu między 11 a 13 t.c. pozwala wykryć 75% przypadków trisomii chromosomu 21,
  • Niedomykalność zastawki trójdzielnej serca – u płodów z zespołem Downa niedomykalność zastawki trójdzielnej występuje z częstością około 50%,
  • Nieprawidłowy przepływ krwi w przewodzie żylnym – wykrywany u 65% płodów z trisomią chromosomu 21,
  • Hipoplazja lub brak kości nosowych– u około 60 % płodów z trisomią chromosomu 21 nie jest widoczna kość nosowa podczas badania ultrasonograficznego wykonanego między 11 a 13t.c.
  • Ocena kąta czołowo-szczękowego,
  • Nieprawidłowy kształt czaszki,
  • Skrócenie kości długich w obrębie kończy
  • Nieprawidłowa budowa małżowin usznych.
Badania biochemiczne polegają na oznaczaniu we krwi kobiety ciężarnej stężeń następujących substancji:
  • beta hCG – wolna podjednostka beta ludzkiej gonadotropiny kosmówkowej;
  • białko AFP (Alfa-fetoproteina wytwarzana jest w wątrobie, przewodzie pokarmowym i w woreczku żółtkowym płodu; przenika przez łożysko do krwioobiegu matki),
  • białko PAPP-A (ciążowe białko osocza A - pregnancy-associated plasma protein A- PAPP-A) jest glikoproteiną o dużej masie cząsteczkowej syntetyzowane przez łożysko,
  • wolny estriol.
Wskaźniki wykrywalności (wyrażonych w %) przypadków zespołu Downa dla różnych kombinacji oznaczeń markerów biochemicznych w surowicy krwi ciężarnej wynoszą od 40 do 75%.

W czasie ciąży można dokonać badania kariotypu płodu za pomocą dwóch badań inwazyjnych:
  • amniopunkcji ( polega na pobraniu materiału do badań, przez nakłucie pęcherza owodniowego),
  • kordocenteza (to badanie, które polega na nakłuciu sznura pępowinowego i pobraniu krwi z żyły pępowinowej). 
Jeżeli w czasie ciąży dziecku nie został określony kariotyp należy go wykonać bez względu na postawienie diagnozy w oparciu o cechy fizyczne.

Zespół Downa jest chorobą nieuleczalną. Leczenie osób z Z.D. polega głównie na leczeniu chorób współistniejących (np.wad serca), oraz rehabilitacji (usprawnianie układu ruchu i wymowy). Istotna jest też rehabilitacja społeczna i odpowiednia, dostosowania do możliwości danej osoby edukacja.przebieg rozwoju każdego dziecka z zespołem Downa jest indywidualnie zmienny i wpływają na to zarówno czynniki środowiskowe, społeczne jak i biologiczne, w tym rodzaj i zakres zmian o podłożu genetycznym.Osoby z Z.D. myślą i czują, często zdają sobie sprawę z własnej niepełnosprawności i cierpią z powodu braku możliwości samodzielnego życia.  Chcą Kochać i być kochani. Osoby posiadające lekki stopień upośledzenia po odpowiednim przygotowaniu i pod niewielkim nadzorem mogą pracować i prowadzić samodzielne życie. Niestety w Polsce zatrudnianie osób z niepełnosprawnością intelektualną prawie nie istnieje.
 Bardzo ważne, aby rodzice dzieci z Zespołem Downa byli kompetentnie poinformowani przez lekarza genetyka o współczesnych metodach terapii eksperymentalnej, która odnosi wielkie sukcesy.

Kończąc ten post polecam obejrzenie nowej produkcji TVN na kanale TTV "DOWN THE ROAD ZESPÓŁ W TRASIE". Program z Przemkiem Kossakowskim, który razem z grupą osób z Z.D. spędza objazdowe wakacje. Wiadomo jak każdy program TV ten też jest reżyserowany  i ma swój scenariusz. Z pewnością jednak prawdziwe są emocje i zachowania uczestników, ponieważ osoby z Z.D. są autentyczne.
Reasumując przede wszystkim osoby z Z.D.  potrzebuje naszej miłości i poczucia bezpieczeństwa. Jestem dumna z mojej babci, która w biedzie wychowała szóstkę dzieci w tym dziecko z Z.D. Choć mój wujek nie chodził do żadnej szkoły, (z racji tego, że urodził się w latach siedemdziesiątych na wsi). to zawsze był zadbany i dostawał dużo miłości. Po śmierci babci na wysokości zadania stanął na wysokości zadania i zajmuje się niepełnosprawnym bratem. Jestem mu za to bardzo wdzięczna.
Polecam również strony dotyczące Zespołu Downa z których korzystałam podczas pisania tego posta:
https://www.bardziejkochani.pl
http://www.zespoldowna.info
https://agatakomorowska.pl
Trzymajcie się ciepło, nie dajcie się dołowi i korona wirusowi.
NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI !!!


niedziela, 15 marca 2020

ADHD, czyli co ...?

Na temat ADHD, objawów i diagnozy tego zaburzenia znajdziemy wiele publikacji, zarówno książkowych jak i wpisów  internetowych. Dlatego w tym poście postaram się zawrzeć najważniejsze informacje dotyczące tego zagadnienia.

Po pierwsze: co kryje skrót ADHD

ADHD   (z ang. attention deficit hyperactivity disorder) (wg międzynarodowej klasyfikacji zaburzeń zdrowia DSM - IV) to zespół nadpobudliwości psychoruchowej i jest zaburzeniem na którego składają się trzy główne typy objawów :
  • deficyt uwagi (np. szybkie rozpraszanie się, zła organizacja,  tzw. "zawieszanie się");
  • nadruchliwość (np. niekontrolowana  potrzeba pozostawania w ciągłym ruchu, gadatliwość);
  • nadmierna impulsywność (np. "muszę tu i teraz", "najpierw robię, później myślę").
Powyższe objawy mogą występować oddzielnie lub  jednocześnie -  jednak tzw. typ mieszany występuje najczęściej.
 Ponadto do zdiagnozowania ADHD istotne jest to czy zaburzenia :
  • występują częściej lub w większym nasileniu niż u rówieśników;
  • obejmują więcej niż jedno środowisko (np dom i szkoła);
  • mają destruktywny wpływ na funkcjonowanie dziecka i jego  otoczenia;
  • były zaobserwowane u dziecka poniżej 7 roku życia i  trwają minimum pół roku;
  • nie wynikają z innych zaburzeń (np. upośledzenie umysłowe, problemy z tarczycą).

Po drugie: nie każdy"łobuz" to "ADHDowiec"

 - nie każdy"ADHDowiec"to "żywe srebro".

Zdiagnozowanie u dziecka ADHD jest procesem trudnym i długotrwałym. Zespół nadpobudliwości psychoruchowej jest zaburzeniem, które jest rozpoznawane  na podstawie określonych kryteriów.  Najczęściej opinie dotyczącą ADHD wydają Poradnie Psychologiczno - Pedagogiczne na podstawie wywiadu z rodzicami, rozmowy z dzieckiem, testów oceniających zdolności edukacyjne dziecka (pedagog) i ilorazu inteligencji (psycholog), oraz  opinii z placówki edukacyjnej. Istotnym elementem diagnozy potrzebnym do jej ostatecznego postawienia jest konsultacja lekarza psychiatry lub neurologa.  Oczywiście diagnozę taką może postawić sam lekarz, jednak warto w tym celu udać się do P.P.P. W Poradni oprócz ADHD można zdiagnozować inne zaburzenia, które często jemu towarzyszą (np. zaburzenia integracji sensorycznej, dysleksję). Ponadto P.P.P. wydają opinię w której  prócz opisu na jakiej podstawie została postawiona diagnoza znajdują się zalecenia dla rodziców i nauczycieli.
Mój syn został zdiagnozowany po ukończeniu dziesięciu lat, bo choć dostrzegałam u syna cechy ADHD w wieku przedszkolnym, to nie sprawiał on problemów wychowawczych i we wczesnym etapie edukacji świetnie sobie radził. Jednak z roku na rok coraz bardziej zaczęły się uwydatniać cechy świadczące o zaburzeniu (syn nie chodzi tylko biega, nie mówi tylko krzyczy, jest niecierpliwy i ma problem ze skupieniem uwagi). Postawienie diagnozy Wita trwało kilka miesięcy, obejmowało także badanie ADOS 2 - w kierunku spektrum autyzmu, oraz diagnozę zaburzeń integracji sensorycznej.  Pierwsze badanie nie wykazało nieprawidłowości, natomiast diagnoza SI potwierdziła wiele zaburzeń sensorycznych, które pokrywają się z objawami ADHD. Coraz częściej mówi się o zaburzeniach łączonych, których objawy  wzajemnie się przenikają i mają wpływ na trudności z jakimi boryka się dziecko.

Po trzecie: ADHD nie jest zależne od woli dziecka i postępowania rodziców.

W ostatnich latach przeprowadzono wiele badań mających na celu określenie przyczyn występowania ADHD. Na podstawie wyników badań uznano, że przyczyną tego zaburzenia są nieprawidłowości w funkcjonowaniu mózgu. Obecnie specjaliści określają ADHD jako niezdolność do blokowania bodźców pochodzących z otoczenia za które odpowiedzialne są płaty czołowe i przedczołowe. W przypadku osób z ADHD funkcjonowanie tych płatów jest zaburzone co powoduje, że nie potrafią oni :
  • blokować rozpraszających bodźców (deficyt uwagi);
  • blokować własnych myśli (impulsywność);
  • blokować własnych reakcji na  rozpraszające bodźce lub myśli (nadpobudliwość).
Nieprawidłowe funkcjonowanie mózgu w obrębie płatów czołowych i przedczołowych ma także wpływ na inne tzw. "funkcje wykonawcze":
  • zdolność przewidywania (  dla dzieci z ADHD liczy się "tu i teraz" w ich postrzeganiu rzeczywistości przeszłość i przyszłość nie istnieje);
  • zdolność organizacji i planowania (osoby z ADHD by radzić sobie z nauką i obowiązkami szkolnymi potrzebują wsparcia i pomocy przy planowaniu i organizacji pracy);
  • zdolność wnioskowania z podjętych wcześniej działań ( "ADHDowcy" nie potrafią uczyć się na błędach i często zapominają o schematach wg. których należy działać)
  • zdolność prowadzenia wewnętrznego dialogu ( większość ludzi zanim coś zrobi lub powie przeanalizuje daną sprawę w głowie, niestety osoby z ADHD często działają bezmyślnie);
  • prawidłowe poczucie czasu (u dzieci z ADHD czas płynie zbyt wolno - czekanie na swoją kolej, lub za szybko - fajna zabawa);
  • przechodzenie od czynności A do czynności B (problemy z zakończeniem zabawy i rozpoczęciem sprzątania);
  • oddzielanie faktów od emocji (mama każe mi robić obowiązki, bo lubi robić mi na złość).
Ponadto ustalono, że ADHD poza podłożem neurologicznym uwarunkowane jest także genetycznie.
 U około 40% dzieci  z ADHD cechy tego zaburzenia znajduję się także  u ich rodziców i aż w 85% przypadków zaburzenie to dotyka ich rodzeństwa. Osobiście znajduję w sobie wiele cech  nadpobudliwości, choć oficjalnie nie postawiono mi diagnozy ADHD. Przypuszczam, że gdy byłam dzieckiem wszystkie zaobserwowane u mnie zaburzenia łączono z moją niepełnosprawnością (Dziecięcym Porażeniem Mózgowym).
Warto dodać iż choć wyklucza się wpływ środowiska zewnętrznego na wystąpienie ADHD, ma ono dużą rolę w tym jak dziecko z ADHD będzie funkcjonowało. Pamiętam że poczułam ulgę gdy Pani neurolog stwierdziła że syn został zdiagnozowany tak późno nie z powodu naszego zaniedbania. Było wręcz przeciwnie, stało się tak ponieważ miał dobre warunki, które rekompensowały deficyty.
Temat ADHD jest jak rzeka można pisać i pisać ... i będę o tym pisać w kolejnych postach.
Podsumowując ten post chcę jeszcze raz podkreślić, że ADHD to zaburzenie, którego objawy nie są zależne od woli dziecka i złego wychowania. Dzieci z ADHD są ruchliwe, głośne, nie potrafią czekać, przewidywać i planować. Cechy te są uciążliwe zarówno dla nich samych,  jak i ich otoczenia. Osoba z ADHD nie jest w stanie zapanować nad swoją nadpobudliwością, tak samo jak osoba z wadą wzroku dobrze widzieć bez okularów. ADHD się leczy, zarówno poprzez terapię jak i farmakologicznie - ale o tym w kolejnych postach.
NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI, A KORONAWIRUS TRZYMA SIĘ Z DALEKA!!!

Ps. Ten post został oparty na podstawie poniższych publikacji:
  1. "ADHD", Fintan J. O' Regan, Wydawnictwo K.E. LIBER, Warszawa 2005 r.
  2. "Dzieci z zaburzeniami łączonymi", Martin L. Kutscher, Tony Attwood, Robert R. Wolff, Wydawnictwo K.E. LIBER, Warszawa 2007 r.
  3. "ADHD. Zespół nadpobudliwości psychoruchowej. Przewodnik dla rodziców 
    i wychowawców", Opracowanie zbiorowe, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2007 r.
     
     


środa, 26 lutego 2020

Dlaczego ADHDowy rollercoaster

Lubicie zabawę na rollercoasterze?
Ja nie znoszę kolejek, ponieważ jest szybko, głośno, momentami wisi się głową w dół, by sekundę później doznać uczucia spadania z prędkością, która powoduje, że żołądek pochodzi do gardła. Najgorsze jest jednak to, że nie ma się żadnego wpływu na tor i prędkość pędzącej kolejki. Z takim rollercoasterem kojarzy mi się wychowywanie dziecka z ADHD.

ADHD nie istnieje

Wokół ADHD powstało wiele mitów mówiących o tym, że kiedyś nie było ADHD tylko niegrzeczne dzieci, którym potrzeba "twardej ręki", a dziś jest bezstresowe wychowywanie i ADHD.

Niestety ADHD nie jest wymyślonym epitetem, który przykleja się by usprawiedliwić niegrzeczne dziecko czy nieudolne wychowywanie. Jest  zespołem nadpobudliwości psychoruchowej i deficytu uwagi, czyli poważnych zaburzeń, które utrudniają dziecku i jego najbliższemu otoczeniu prawidłowe funkcjonowanie.  Więcej na temat objawów i diagnozy ADHD napiszę w jednym z kolejnych postów.

Niegrzeczny, czy "żywe srebro"

Takie zaburzenie zostało zdiagnozowane u mojego syna przez dwóch lekarzy: neurologa i psychiatrę. Ponadto Wiktor  ma zaburzenia integracji sensorycznej (częste u dzieci z ADHD), celiakię i niedobór hormonu wzrostu. Całkiem duży "pakiet startowy" zaburzeń jak na jedno dziecko.

Wiem, że wielu rodziców zmaga sięz gorszymi chorobami swojego dziecka i niejednokrotnie drżą o jego zdrowie i życie. Niemniej jednak problemy młodego są dla nas sporym obciążeniem psychicznym, a także fizycznym i finansowym. Trudno mi powiedzieć jak bardzo objawy ADHD są uciążliwe dla mojego dziecka, z pewnością z ich powodu musi więcej czasu poświęcić na naukę, ma gorsze stopnie i bywa odbierany przez innych jako ten "niegrzeczny".

Wojna domowa

Dla mnie najgorszym skutkiem zaburzeń z jakimi boryka się mój syn są złe relacje między nami. Wynikają one z codziennych kłótni okraszonych coraz gorszymi epitetami wykrzykiwanymi przez młodego. Taka kilkunastominutowa kłótnia powoduje, że jestem roztrzaskana emocjonalnie na milion kawałków. Mam ochotę płakać, krzyczeć lub wyjść z domu i nigdy nie wrócić.

Po takiej "akcji"  czuję złość, smutek, ale przede wszystkim bezradność. Często też towarzyszą mi wyrzuty sumienia, ponieważ niejednokrotnie nie potrafię utrzymać nerwów na wodzy. Bywa, że w odwecie na raniące wrzaski syna typu  "kretynko, jesteś najgorszą matką na świecie" wywrzaskuję do niego, że mam go dość i straszę Domem Dziecka. Niektórych pewnie zszokowało moje ostatnie zdanie, ale taka jest gorzka prawda emocjonalnych bitew, jakie codziennie toczymy  z ukochanym dzieckiem. Myślę, że w tych strasznych momentach Wiktorem miota demon zwany ADHD.

Natomiast nad nami rodzicami władzę przejmują, emocje pod tytułem najlepszą obroną jest atak. Po takiej burzy przychodzi spokój, Młody znów jest uroczy i zadowolony, a my jesteśmy kochanymi rodzicami. Złe emocje mojego dziecka szybko przychodzą i podobnie szybko odchodzą.  Niestety  nas długo męczą i trudno jest znowu wrócić do równowagi.

Czy da się tych scysji uniknąć? Takie pytanie zadaję sobie po każdej awanturze i dochodzę do wniosku, że nie. Według mnie tego typu sytuacje w dużej mierze powodowane są zaburzeniami naszego syna. Świadczy o tym między innymi fakt, że kłótnie z nastoletnią córką nie są tak bardzo wybuchowe i destruktywne.

Poza tym dziecko z ADHD nie potrafi filtrować bodźców, które do niego dochodzą. Wskutek ich nadmiaru łatwo wpada w frustracje, nad którą nie panuje. Powodem takiej frustracji może być dosłownie wszystko. Czasem młody  wrzeszczy, bo go za późno budzimy (7 rano) innym razem, bo nie dajemy mu pospać (jest 9). Często jesteśmy okropni kiedy chcemy by posprzątał i nienawidzi nas gdy dostaje karę (zawsze niesprawiedliwą). Takie absurdalne powody do kłótni znajdują się praktycznie codziennie.

Dlatego czujemy się wykończeni Absurdalnie Destruktywnym cHaosem Domowym. Stąd też pomysł na  ADHDowy rollercoaster. Mam nadzieje, że pisząc ten blog, będę miała okazję dzielić się przeżyciami z innymi osobami znającymi ciemną stronę rodzicielstwa

NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI !!!

Ps. Bez względu na to co napiszę tu o moich dzieciach i mężu bardzo ich kocham i są dla mnie  najwspanialsi i najważniejsi.   

M - jak miłość i małżeństwo

  Siódmy październik jest w moim kalendarzu szczególnym dniem, ponieważ tego dnia w 2006 roku brałam ślub. Nie jestem szczególnie przesądn...