niedziela, 22 listopada 2020

WYLUZUJ - jak to łatwo powiedzieć


Wyluzuj, wszystko będzie dobrze, myśl pozytywnie, poluzuj gumę w gaciach. Takie frazesy możemy słyszeć od innych i takie mantry powtarzać do lustra. Niestety „wrzucić na luz” nie jest tak prosto, zwłaszcza gdy z natury jesteś perfekcjonistą lub opierasz własne poczucie wartości na opinii innych. Więc co zrobić, gdy notorycznie doświadczasz wyniszczającego działania stresu?


Jak radzić sobie ze stresem?

NIE WIEM!!! Gdybym wiedziała, nie byłabym wiecznie zestresowana. Jednak mimo wszystko ciągle próbuję robić coś, co mi pozwoli, choć trochę przestać się spinać i napinać, by nie umrzeć ze stresu. Napiszę Wam o tym, co robię, by sobie pomóc i to, co radzą w tej kwestii inni.
Oczywiście nie podam wam uniwersalnego leku na całe zło.

Każdy z nas jest inny — jedni relaksują się, odpoczywając, inni wtedy, gdy są aktywni. Na jednych medytacja będzie działać wyciszająco, dla drugich irytująco. Niemniej jednak postaram się podzielić tym, co uważam za skuteczne i pomocne w walce ze stresem.


Z kim przestajesz, takim się stajesz.

W każdym porzekadle jest odrobina prawdy. Warto więc (w miarę możliwości) unikać ludzi, miejsc i sytuacji, które w nas wywołują stres. Ludzi, którzy lubią straszyć i siać katastroficzne wizje lub atakować i poniżać. Przebywanie z toksycznymi ludźmi, którzy, niczym wampiry wysysają energię, jest stresogenne.

Oczywiście nie da się wszystkich takich ludzi wyeliminować ze swojego otoczenia. Bardzo często bywają nimi współpracownicy, a nawet członkowie rodziny. Warto jednak asertywnie zabraniać im kierowania w naszym kierunku negatywnych komunikatów. Krótko mówiąc, należy kończyć stresujące dyskusje i nie pozwalać, by nas obrażano.

To samo tyczy się miejsc i sytuacji. Pamiętam, że kiedyś wybrałam się z koleżanką na zajęcia zumby. Ponieważ mam złą koordynację miałam duży problem z wykonaniem sekwencji tanecznych ruchów. Całe zajęcia stresowałam się swoimi nieskoordynowanymi ruchami, które w niczym nie przypominały seksownych ruchów prowadzącego. W efekcie po zajęciach zamiast naładowana pozytywnymi endorfinami wyszłam zestresowana i zdołowana. Teraz chodzę na jogę prowadzoną przez fizjoterapeutkę w towarzystwie sympatycznych starszych Pań. Podobnie źle się czuję w „eleganckich” miejscach typu SPA czy butik z drogimi rzeczami. Unikam, więc takich miejsc, by nie zastanawiać się nad tym, co ta Pani myśli patrząc na mój koślawy chód, czy słuchając mojej bełkotliwej mowy.

Niestety, przesadziłam z unikaniem stresujących sytuacji i miejsc, rezygnując z aktywności zawodowej. Na szczęście doszłam do wniosku, że czas opuścić strefę komfortu i ruszyłam (zdalnie) na poszukiwanie zajęcia. Pamiętając o moim problemie ze stresem, zanim zajęłam się poszukiwaniem pracy, poszłam na terapię.


Kiedy rozmowa z przyjaciółką to za mało.

Jeżeli ktoś nie miał do czynienia z terapeutą, to być może psychoterapia kojarzy mu się z kozetką, na której opowiadamy swoje życie, a terapeuta, kiwając się, przysypia. Można też mieć wyobrażenie terapii, jako hipotetycznego seansu cofającego nas do zablokowanych wspomnień z dzieciństwa pełnych traumatycznych wynurzeń.

Natomiast współczesną psychoterapię można określić jako leczenie poprzez rozmowę ukierunkowaną na zmianę zachowania. Rozmowa z terapeutą różni się od tej z koleżanką, gdyż nie polega na udzielaniu porad, pocieszaniu, czy trzymaniu za rękę, Cytując psychoterapeutkę Joannę Piekarską: "rozmowa terapeutyczna pomaga uświadomić sobie, z czego wynikają aktualne kłopoty, dostrzec powtarzające się schematy oraz utrudniające życie przekonania i zastanowić się, czy chcemy je zmieniać. A jeśli tak, to, w jakim kierunku mają iść te zmiany".

Psychoterapia bywa trudna i emocje po każdej sesji bywają inne. Bywa tak, że po jednym spotkaniu jestem pełna energii, optymizmu i chęci do działania, a po następnym płaczę targana silnymi emocjami.

Terapeuta może dostrzec u pacjenta głębsze problemy wymagające interwencji psychiatry. Przypominam psychiatra to lekarz — nie wstydźmy i nie bójmy się do niego pójść, bo to czasem jedyny sposób, by uratować swoje zdrowie i życie.

Pamiętajmy także o naszych dzieciach (szczególnie nastoletnich), one coraz częściej mają problemy psychiczne. Nie bagatelizujmy humorów nastolatka, gdyż jak pokazują statystyki, rośnie liczba samobójstw u dzieci i jednocześnie maleje wiek, w którym je popełniają. Obecny czas izolacji rówieśniczej i kontaktów "online" sprzyja powstawaniu zaburzeń emocjonalnych.
Niestety dużym problemem w Polsce jest dostępność do terapii psychologicznej i leczenia psychiatrycznego. Kolejki na NFZ są bardzo długie, najgorzej jest chyba z psychiatrami dziecięcymi, gdyż ich po prostu brakuje. Dlatego nawet do gabinetów prywatnych są kolejki, a wizyta dużo kosztuje.

Mimo to nie należy zwlekać z terapią, gdyż problemy emocjonalne uniemożliwiają normalne funkcjonowanie, wpływają na nasze zdrowie czy zagrażają życiu. Ja terapię kontynuuje od prawie roku i czuję jej pozytywne efekty.

Samopomoc babska

Każdego dnia możesz zrobić nawet najmniejszą rzecz, by się zatroszczyć o siebie i zniwelować stres. Sposobów na to podobnie jak przyczyn stresu jest wiele. Tak jak w przypadku tego, co nas stresuje, różne rzeczy i sytuacje nas "luzują". Podam wam kilka przykładów na odstresowanie:

  • Podziel słonia na kawałki — gdyby ktoś postawił przed Tobą słonia i polecił go zjeść, to z pewnością powiedziałbyś, że nie dasz rady. Oczywiście przykład z jedzeniem słonia jest abstrakcyjny, jednak często stajemy przed wyzwaniem, które, wydaje nam się tak ogromne, że niemożliwe do wykonania. Wystarczy jednak po porcjować słonia i kawałek po kawałku dzień po dniu go zjeść. Więc kiedy przeanalizujemy dany problem, możemy podzielić jego rozwiązanie na kilka mniejszych spraw możliwych do zrobienia.

  • Step by step — podobnie jak w przypadku zjedzenia słonia drogę do realizacji danego celu dzielimy na mniejsze etapy. Metodę małych kroków przedstawia japońska filozofia Kaizen. Jest wiele książek, które opisują jak wykorzystać filozofię małych kroków zarówno w życiu prywatnym, jak i w sferze zawodowej. Jednym zdaniem metoda ta polega na zrobieniu w kierunku do celu jednego kroku, potem następnego itd. Uważam, że metoda Kaizen jest pomocna w sytuacji kryzysowej, w której powinniśmy pamiętać o tym, by się skupić na działaniu małymi możliwymi do pokonania krokami.

  • Rusz cztery litery — uwolnij endorfiny poprzez ulubioną aktywność fizyczną. Podkreślam ulubioną taką, która sprawi, że nawet zmęczona i spocona poczujesz się super. To może być wszystko: ulubiony sport, spacer, a nawet wielkie sprzątanie. Ważne, by regularnie wprawiać w ruch swoje ciało.

  • Zaprogramuj swoją podświadomość — jestem fanką pozytywnej psychologii. Uwielbiam czytać i słuchać o tym, jak lepiej żyć i lepiej się czuć. Niektóre techniki polecane w poradnikach mnie śmieszą i uważam je za utopijne (zwłaszcza te dotyczące dzieci), inne stosuję.
    Polecam wam afirmacje, czyli stworzenie sobie pozytywnych sformułowań i regularne ich powtarzanie we wszystkich trzech osobach:

Ja Ania jestem piękna i wspaniała.

Ty Aniu jesteś piękna i wspaniała.

Anka jest piękna i wspaniała.

 

Oczywiście powtarzanie afirmacji nie pomoże, gdy nic nie będziemy robić, by była ona prawdziwa. Więc powtarzam sobie, że jestem piękna i wspaniała dam o swój wygląd, a gdy robię to często, żaden pryszcz nie sprawia, że czuję się brzydka.

Inną techniką wpływania na podświadomość, którą lubię, jest tak zwane praktykowanie wdzięczności. Czyli uświadamianie sobie, co dobrego nas dzisiaj spotkało. Można każdego wieczoru napisać, za co jesteśmy wdzięczni. Jestem wdzięczna za to, że mam fajnych  ludzi wokół siebie.

Wiem, że w ciężkich chwilach trudno jest skupić się na pozytywach, ale gdy, na co dzień, zamiast narzekać będziemy myśleć pozytywnie, to łatwiej przejdziemy  przez kryzys.


  • Tylko spokój nas uratuje — nie bez przyczyny osobie, która wpada w złość, mówi się "weź głęboki oddech i policz do dziesięciu". Oddech i dostarczenie tlenu do krwiobiegu spowoduje zwolnienie akcji serca podniesionej przez hormony stresu. Podobno większość ludzi ma problemy z prawidłowym oddechem, oddychamy za szybko i za płytko. Warto przestać traktować oddychanie, jako czynność automatyczną i poświęcić mu trochę uwagi. Można to robić, medytując, ćwicząc jogę lub po prostu skupić się nad oddechem przed snem.

  • Jedz zdrowo i wysypiaj się — te dwie prozaiczne czynności są niezbędne do tego, żebyśmy się dobrze czuli, a tak często o nich zapominamy. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji kryzysowych, w których jesteśmy zestresowani.
    Ja z powodu stresu mam ogromne problemy zarówno z jedzeniem (brak apetytu, mdłości), jak i spaniem (przewracanie się z boku na bok do 4 nad ranem). Choć w stresie bywa to trudne, staram się jeść regularnie małe porcje, z którymi mój układ trawienny sobie poradzi. Jeśli chodzi o sen,to zasypiając, próbuje odwrócić swoją uwagę od problemu czytaniem lub słuchaniem audiobooka, a gdy się w nocy przebudzę, skupiam się na oddechu: raz wdech, raz wydech, dwa wdech, dwa wydech...
    Natomiast, gdy źle śpię kilka nocy z rzędu, sięgam po tabletkę przepisaną przez lekarza. Przyjmowanie pigułek na sen ograniczać do minimum, gdyż są silnie uzależniające.

  • Karm się endorfinami — jak śpiewał Rysiek "w życiu piękne są tylko chwile...", więc spraw sobie jak najwięcej pięknych chwil. Oglądaj, słuchaj, czytaj i rób to wszystko, co sprawia, że się uśmiechasz. Unikaj natomiast uzależniających pseudo poprawiaczy humoru np. alkoholu czy słodkiego obżarstwa, gdyż żyjąc w stresie łatwo wpaść w nałóg.


Na koniec mam dla Was tekst, który dostałam na warsztatach psychologicznych. Prowadząca natknęła się kiedyś, gdzieś na niego i ponieważ jej się spodobał, postanowiła "posłać go w świat". Mnie także urzekły słowa anonimowego autora i dlatego zrobię to samo co psycholożka.


NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI!!!


MAM TĘ MOOOOC.


Wyrzuć wszystko to, co nie działa.
Teraz. Weź i wynieś na śmietnik.
Buty dajmy na to, w których się potykasz, jeśli jest ci niewygodnie — na śmietnik. Talerz ze starego serwisu, na którym nic nie podasz — wystaw przed drzwiami, może ktoś weźmie. Karteczkę z dietą przyczepioną na drzwiach lodówki (to już nawet nie jest śmieszne!!!) Codzienne rozmowy telefoniczne: „wyobraź sobie, co za koszmar!", a ty: "Uhm Koszmar”, · a sama przestępujesz z nogi na nogę, bo twój ulubiony serial zaraz się zacznie, lub stygnie pachnąca kąpiel po ciężkim dniu. Twoja znajoma od telefonu ma codziennie koszmar.
Po co ci to?
Wyrzuć słowa, które wypowiadasz rano do budzika: „jeszcze 5 minut”. Albo wstań od razu, albo ustaw pobudkę dla siebie — nie dla sumienia. Bo to nie działa!!!
Wyrzuty z powodu tego, czego dziś nie zdążyłeś zrobić – won. NIKT NIE JEST IDEALNY
– powieś sobie na lodówce zamiast diety.
Wyrzuty z powodu przeszłych czynów, stosunków, znajomości, wyborów, które kiedyś zrobiłeś… Wyrzuty won – do diabła. Wszystko się zgadza Żadnego żalu tylko doświadczenie
i wdzięczność. Żadnego rozmyślania, „co by było, gdyby…” albo rób, albo nie myśl.
Spróbuj – jak się spodoba, to idź dalej. Koszykówka, nauka japońskiego, poznać kogoś, nowa praca nowa fryzura, teatr…
Jutro, dobrze? Choć jedną rzecz ok?
Zamiast rozmyślania, które trzeba wyrzucić.
Wyrzuć zwyczaj przepraszania po kilka razy. Wystarczy jedno szczere „przepraszam”, jeśli jest powód. Reszta to śmieci, balast.
Swetry, sukienki, dżinsy i inne badziewie, które ci nie pasuje, pogrubia, postarza – won! Żadnych „po domu”, żadnego »do lasu«! Na przemiał
Przecież nie znalazłaś siebie na śmietniku.
Masz być zawsze piękna!
Wyrzuć „walizkowe relacje”, które są jak walizka bez rączki, po co to
i ciągnąć ciężko i wyrzucić szkoda. Ręce ci jeszcze nie odpadły? Zdecyduj się i zamień je na eleganckie, z kółeczkami, takie, co same jadą ku radości wszystkich.
Zrozumiałeś metaforę? Pięknie, lekko, komfortowo, pewnie. Resztki kosmetyków, zbędne lekarstwa, przeterminowane perfumy – won! Zasługujesz na świeże, nowe, najlepsze.
Obietnice, że „kiedyś” napiszesz, zadzwonisz, zrobisz, kupisz – jeśli wiszą ponad tydzień (no dobra dwa) i nikt nie umarł, to znaczy, że są zbędne. Wykreśl.
Słowa „nie umiem”, „nie znam się” – nie działają. Dowiedz się, naucz, poznaj albo zapłać temu, co umie. Przecież nie prowadzisz hodowli kompleksów, tylko chcesz żyć wygodnie, prawda?
Wspomnienia, z powodu których drżą ci ręce i masz łzy w oczach – won! Jak wrócą ponownie, kasuj. Nie zatruwaj sobie życia.
Było – minęło.
Zwyczaj ciągłego ustępowania, bycia »grzeczną dziewczynką« lub „grzecznym chłopcem”, przemilczania, nawet gdy czegoś bardzo potrzebujesz, ale „co ludzie powiedzą”
- wyrwij z korzeniami!
Mów, proś, komentuj, wypowiadaj się — grzecznie i taktownie, ale zgodnie z własną wolą i o swoich potrzebach.
Strach przed starością, chorobą, przed nowym, wątpliwości co do swojej urody i wdzięku, brak wiary we własne szczęście – spakuj i spal, a popiół – na wiatr.
To nie działa, nie pomaga. Przeszkadza żyć po ludzku.
Zepsute zapalniczki, długopisy, czajnik, kuchenkę – won.
Kupisz nowe
Zwyczaj przepieprzania czasu w Internecie –
wywal już teraz, zaraz, natychmiast!
Skończysz czytać – wyjdź na spacer.
Tam jest dobrze, jest świeży podmuch powietrza słońce albo deszcz, zieleń albo śnieg.
Przejdź się, pooddychaj, poparz, posłuchaj, powąchaj.
To żyje. To działa!!!
 
 
Zaopiekuj się sobą.

wtorek, 27 października 2020

UMIERAJĄC ZE STRESU



    

Stres jest nieodzowną częścią naszego życia i nie ma osoby, która by go nie doświadczyła. Jest on naturalną reakcją organizmu na dyskomfort, który odczuwamy podczas problematycznych sytuacji.


 STRES przyjaciel, czy cichy zabójca?

Stres towarzyszy człowiekowi od zawsze i dla naszych przodków był niezwykle ważny dla przetrwania. W czasie zagrożenia bowiem dzięki stresowi organizm szybko przygotowuje się do tak zwanej sytuacji "uciekaj lub walcz". Wydzielające się tzw. hormony stresu to przede wszystkim adrenalina i noradrenalina oraz kortyzol.

Tym pierwszym przypisuje się pozytywne właściwości mobilizujące organizm do pracy. Adrenalina poprawia krążenie krwi, wzmacnia napięcie mięśni, a także zwiększa zapotrzebowanie organizmu na tlen, podwyższa temperaturę ciała.

Kortyzol, w sytuacjach zagrożenia przede wszystkim powoduje podwyższenie stężenia glukozy we krwi. Wzmacnia działania adrenaliny i noradrenaliny, dzięki czemu organizm lepiej radzi sobie z tzw. stresorem. Wpływa na działanie układu krążenia przez zwiększenie częstotliwości skurczu serca. Hormon też oddziałuje również na gospodarkę:

  • białkową – nasila rozpad białek;
  • tłuszczową – zwiększa rozpad trójglicerydów;
  • węglowodanową – powiększenie glukoneogenezy
  • i glikogenolizy;
  • wodno-elektrolitową – kortyzol zatrzymuje sól w organizmie, zwiększając tym samym wydalanie potasu.

Wydzielane hormony stresu, które umożliwiały naszym praprzodkom natychmiastowe podjęcie walki lub ucieczkę, do dziś są dla nas korzystne, gdyż m.in. zwiększają koncentrację. Dzieje się tak, gdy stres trwa krótko i niezbyt często. Niestety obecnie bardzo często mamy do czynienia z przewlekłym stresem, który dosłownie nas zabija. W dzisiejszych czasach jest wiele tzw. stresorów, czyli czynników wywołujących w nas uczucie zestresowania.

Do najczęściej występujących stresorów zalicza się:

  • śmierć bliskiej osoby;
  • choroba zagrażająca życiu;
  • rozwód i problemy rodzinne;
  • problemy w pracy i mobbing;
  • obecny szybki styl życia promujący sukces i piękne ciało;
  • problemy finansowe.

Oczywiście powodów do stresu jest niezliczona ilość. Każdy jest inny i u każdego z nas tych stresorów występuje mniej lub więcej. Są ludzie, których stresują tylko naprawdę ważne problemy. Są też tacy, którzy żyją w permanentnym stresie i dla nich stresorem jest niemal każda sytuacja. Niestety ja do takich ludzi należę.


Permanentnie zestresowana

Jestem bardzo mało odporna na stres. Każdego dnia odczuwam stres, mimo że ogólnie rzecz biorąc, znajduję się w dobrej sytuacji życiowej i nic złego się nie dzieje. Myślę, że wynika to z mojego niskiego poczucia wartości i natury perfekcjonistki.

Największy stres odczuwam w związku z pracą. Obecnie nie pracuję i choć z jednej strony bardzo bym chciała być aktywna zawodowo, z drugiej obawiam się powrotu do pracy. Prawdopodobnie wynika to z tego, że w pierwszej pracy doświadczyłam mobbingu. 

Pracowałam w urzędzie, gdzie przed ciążą wszystko było w porządku. Nie była to praca marzeń, ale czułam się w niej dobrze i byłam zadowolona, że ją mam. Dostałam nawet umowę o pracę na czas nieokreślony. Po urodzeniu córki nie wróciłam do pracy, skorzystałam z urlopu wychowawczego, podobnie po urodzeniu syna. Do urzędu zdecydowałam się wrócić po prawie siedmiu latach. Nie spodziewałam się, że ten powrót będzie dla mnie krótkim koszmarem z długotrwałym skutkiem. Nie wchodząc w szczegóły — w urzędzie na moim stanowisku pracowała inna osoba i "nie w smak" był im mój powrót. Przez dwa tygodnie pracowałam w okropnej atmosferze, dawano mi do zrozumienia, że mnie nie chcą. Najgorsze było to, że starano mi się udowodnić, że jestem złym pracownikiem. Ja z moim niskim poczuciem wartości szybko w to uwierzyłam. Poddałam się i składając wypowiedzenie, dałam im osiągnąć cel pozbycia się mnie.

Przepłakałam długie dni i noce, a później przez wiele lat nie myślałam o pracy. Mając komfort tego, że mąż utrzymuje rodzinę, siedziałam na tzw. ciepłym kamyczku i bałam się podjąć pracę. Jednak chęć bycia aktywną sprawiła, że spróbowałam powrotu do pracy. Korzystając z programów unijnych, byłam na stażach, na jednym było lepiej, na drugim gorzej. I adekwatnie do sytuacji podczas pierwszego towarzyszył mi umiarkowany stres, natomiast podczas drugiego stres był tak silny, że źle się czułam i psychicznie i fizycznie. Wróciłam do bierności zawodowej, lecz nie na długo, ponieważ sprawdziłam się podczas pierwszego stażu i zostałam polecona na wolne stanowisko.

Wraz z euforią pojawił się strach i stres. Czy się sprawdzę? Co spotka mnie ze strony szefa i współpracowników? Czy poradzę sobie z obowiązkami? Całe trzy miesiące okresu próbnego drżałam o to, czy zostanie przedłużona mi umowa. Przejmowałam się najmniejszym błędem, każdą uwagą szefowej i w swoim perfekcjonizmie rzadko byłam z siebie zadowolona. Pomimo tego, że sprawdziłam się w okresie próbnym, stres nie minął. Po paru miesiącach trafiłam do szpitala, odwodniona z powodu chronicznej biegunki i z chorym żołądkiem.

Po raz kolejny zrezygnowałam z pracy, by chronić się przed stresem. Niestety brak pracy nie oznacza dla mnie brak stresu. Chorobliwie aplikuje sobie stres praktycznie każdego dnia. Stresuję się tzw. co ludzie powiedzą, szkołą moich dzieci, remontem, z którym są problemy no i obecną pandemią. Co więcej, ponieważ znów chcę być czynna zawodowo, stresem jest dla mnie to wszystko, co się wiąże z jej poszukiwaniem. 

Rezultatem ciągłego stresu są problemy z żołądkiem, migreny, bezsenność i tzw. zespół jelita wrażliwego. Psychicznie też nie jest najlepiej. Często unikam podejmowania różnorodnych działań z obawy przed porażką. Nadmiernie przejmuję się każdym negatywnym słowem i gestem skierowanym w moją stronę. Ciężko mi się jest pozbyć uczucia niepokoju.


Stres niszczy na wielu płaszczyznach

Jeśli chodzi o negatywne skutki stresu, to jest bardzo wiele i mają one konsekwencje zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Niektóre już wymieniłam, opisując reakcję mojego organizmu na stres. Lista skutków stresu jest tak samo długa, jak lista stresorów.

Najczęściej spotykanymi dolegliwościami są:

  • problemy z udałem pokarmowym (biegunki, wrzody);
  • problemy z układem krwionośnym i sercem (zawał, palpitacje);
  • problemy z układem neurologicznym (udary, bóle głowy);
  • problemy z układem oddechowym (płytki oddech)
  • napięciowe bóle mięśni (szyja, barki);
  • cukrzyca;
  • bezsenność;
  • depresja;
  • nerwice i stany lękowe;
  • zła kondycja włosów i skóry.


Bez wątpienia stres jest czynnikiem, który działa wyniszczająco na nas organizm. Ponadto w sytuacji stresowej często działamy impulsywnie i nieracjonalnie, co może mieć tragicznie konsekwencje. Dlatego ważne jest by nauczyć się ograniczyć ilość stresorów i łagodzić skutki stresu. Nie jest to łatwe i proste, szczególnie gdy się jest osobą mało odporną na stres. Jest jednak kilka sposobów i technik na zniwelowanie wpływu stresu.

Napiszę o nich w następnym poście, bo ten jest już trochę przydługi. ; -)

Dziękuję tym, którzy doczytali do końca. Starajcie się w tych pandemicznych czasach nie dać się stresowi. Trzymajcie się zdrowo.


NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI!!!







środa, 16 września 2020

LIVE BALANCE - NA WSZYSTKO MUSI BYĆ CZAS



Po dwumiesięcznej przerwie wakacyjno - remontowej wracam do pisania bloga. Przyznam, szczerze dopadł mnie zastój twórczy i po prostu brak chęci i motywacji do dalszego prowadzenia "ADHDowego".


Wracając niczym bumerang

Wzięłam się w garść i wracam z nadzieją, że moje posty będą chętnie czytane. Chcąc poprawić swój warsztat pisarski, rozpoczęłam właśnie kurs copywritera.

Lipcowy post był o nieudanym wypadzie wakacyjnym, dziś także będzie o wakacjach, lecz tym razem bardziej optymistycznie. Kończąc poprzedni post, napisałam, że ważny jest tzw. live blance, czyli czas spędzony z rodziną, przebywanie "tylko we dwoje", jak również czas tylko dla siebie. Ja należę do tych szczęściarek, którym się udało spędzić czas we wszystkich trzech wydaniach.

Wiem pewnie, że niektórzy stwierdzą, że mogę sobie na taki odpoczynek pozwolić, bo nie pracuję, a dla etatowych pracusiów jest to niemożliwe. Z pewnością mnie jest łatwiej, lecz znam aktywne zawodowo mamy, które organizują czas dla siebie. Z drugiej strony znam też niepracujące matki, które nigdy nie spędziły nocy z dala od dzieci, mimo że urodziły je kilka lat temu. Wszystko zależy od chęci i organizacji. Moim zdaniem warto czasem wyjść z domu po to, by się zregenerować i z tęsknotą wrócić, niż w chwili załamania nerwowego opuścić dom raz na zawsze.

Miłość wymaga celebracji i pielęgnacji

Jestem w szczęśliwym związku od ponad piętnastu lat. Ciągle permanentnie zakochana w człowieku, który jest dla mnie najbliższą osobą. Wiadomo, bywają między nami kłótnie i ciche godziny (chyba nigdy nie udało mi się nie odzywać cały dzień) i na ogół jesteśmy fajnym, kochającym się małżeństwem.

Myślę, że tak jest, ponieważ oboje dbamy o nasze uczucie. Lubimy spędzać czas ze sobą i cieszymy się swoim towarzystwem. W tym roku udało nam się zorganizować wakacje tak, by wyjechać tylko we dwoje. Oboje z mężem lubimy umiarkowanie aktywny wypoczynek i wakacje najchętniej spędzamy w górach. Natomiast dzieciaki jeszcze nie doceniają uroku górskich wycieczek (mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni).

W planach mieliśmy trzy dni w Karkonoszach, ale mój ukochany w ramach niespodzianki zaplanował jeszcze krótki pobyt we Wrocławiu. Idąc i trzymając się za ręce, mieliśmy sporo czasu by porozmawiać ale i też w ciszy pomyśleć. Nakarmiliśmy nasze zmysły pięknymi widokami, ciszą i spokojem. To był czas pod hasłem "czule i romantycznie". Choć oczywiście żeby nie było, za słodko pokłóciliśmy się ostatniego dnia. Bałam się schodzić we mgle i deszczu i swoją frustrację wyładowałam na mężu. ; -(

Jeśli chodzi o same Karkonosze, to moim zdaniem szlaki są przesadnie wybrukowane, ludzi sporo, a ładniejsze widoki zobaczymy w Beskidach.

Warto dać sobie czas

Choć pewnie dla niektórych mam i żon (faceci nie mają z tym problemu) wydaje się to niewyobrażalne, to moim zdaniem ważne jest, by zrobić sobie urlop od wszystkiego.

W zależności od tego, jak małe są nasze dzieci, może być to: kilkugodzinne wyjście lub kilkudniowy wyjazd. Panowie (poza karmieniem piersią) mogą wykonywać w domu i przy dzieciach te same czynności co Panie. Czasami im się nie chce lub nie mają okazji czegoś robić, bo kobiety to robią. Ale w większości przypadków pozostawione pod ich opieką dzieci przeżyją, a dom nie runie.

Mam szczęście mieć męża, który od zawsze angażuje się w obowiązki domowe i zajmowanie dziećmi. Rozumie on moją naturalną potrzebę "odsapnięcia od domowego gniazda", bo wie, że zadowolona żona to zadowolony mąż ;-).Dlatego ja od czasu do czasu korzystam z możliwości wyjechania z domu i skupienia się na sobie.

W tym roku poza weekendowymi wyjazdami na jogę miałam okazję wyjechać na tygodniowy turnus rehabilitacyjny. Spędziłam kilka dni na reperowaniu ciała i odpoczynku w towarzystwie uroczych, zabawnych emerytek pod opieką cudownej osoby.

Marzena jest moim aniołem, który pozytywnie działa na moje ciało i umysł. Jest ona fizjoterapeutką, trenerką jogi i ma wiedzę z zakresu medycyny chińskiej. Odkąd korzystam z jej usług, czuję się dużo lepiej, dlatego postawiałam ją zareklamować. Polecam wszystkim https://fizjoprojekt.pl/

Na turnusie były te same Panie, z którymi ćwiczę jogę. Pomimo kilku dziesiętnej różnicy wieku bardzo dobrze czuję się w ich towarzystwie i są one dla mnie wielką inspiracją. Wróciłam stęskniona za rodzinką, wypoczęta i zregenerowana, pełna energii, by zmierzyć się z remontem...

Ale o tym w kolejnym wpisie.

Ps. Pamiętajcie, mężowie też potrzebują czasu tylko dla siebie i swoich pasji (oczywiście wszystko w rozsądnych granicach).


NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI !!!



poniedziałek, 13 lipca 2020

Wakacje i ich atrakcje

Wakacje w cieniu Covid'u
W tym roku wszystko mamy naznaczone pandemią. Po ponad trzech miesiącach siedzenia w domu w ramach edukacji zdalnej nadeszły wakacje. Mam wrażenie, że nie cieszymy się nimi tak samo jak w poprzednich latach. Praca i nauka w domu trochę przypominały dziwną hybrydę połączenie urlopu / chorobowego z pracą (szkołą). Można było dłużej pospać i chodzić w dresie cały dzień, ale swoje obowiązki należało zrobić. Dla wielu osób plany urlopowe się zmieniły, przepadły wczasy w zagranicznym kurorcie zaplanowane na początek wakacji. Urlop w kraju także bywa problemowy, gdyż mimo zniesienia obostrzeń w branży turystycznej pojawia się strach przed Covid'em. Podobno szczególnie ten problem dotyczy Ślązaków, którzy z powodu dużej liczby zachorowań w regionie bywają napiętnowani. Ponadto mimo, że staramy się żyć tak jak kiedyś wakacyjna swoboda  podszyta jest strachem przed  wirusem i kwarantanną. Najgorzej bowiem mają się osoby, którym wakacje pokrzyżowała choroba i kwarantanna. Powszechnie wiadomo, że sanepid nie radzi sobie z pandemią, w skutek czego ludzie zdrowi często siedzą na kwarantannie długie tygodnie.
Jeśli chodzi o nasze plany wakacyjne to jak na razie Covid ich nie zepsuł. Przed pandemią zarezerwowałam  na sierpień obozy dla dzieci, nie zdążyłam zarezerwować wyjazdu rodzinnego. Jednak po wielu tygodniach spędzonych w mieszkaniu zapragnęłam kontaktu z naturą.  Korzystając z możliwości swobodnego poruszania się zarezerwowałam w czerwcu tygodniowy pobyt w domku nad jeziorem żywieckim. Miałam problem ze znalezieniem wolnego noclegu, bo  wybrałam termin obejmujący długi weekend. Domek nie należał do najładniejszych i najtańszych, ale miał ogród i widok na jezioro. Zaplanowałam też z okazji zbliżających się urodzin spotkanie z dawno niewidzianymi bliskimi przy grillu. Jezioro, góry, obcowanie z naturą, spokój i relaks. To miał być przyjemny rodzinny urlop....

Wakacje z dziećmi to nie odpoczynek.
Myślę, że wielu rodziców niestety się ze mną zgodzi. Tym którzy mają inne doświadczenia szczerzę zazdroszczę. Nasze ukochane dzieci jak są małe są bardzo absorbujące. Często więc w wakacje zamieniamy porostu otoczenie w którym pilnujemy nasze pociechy. Już organizując wyjazd  nie myślimy o tym co zwiedzimy, tylko o atrakcjach dla najmłodszych. Sprawdzamy z trwogą pogodę, bo wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą. Jeszcze bardziej niż małe dzieci nudzą się nastolatkowie. Te "stworki - potworki" już nie bawią się na placu zabaw, wolą elektronikę od wycieczki  i cenią towarzystwo rówieśników bardziej niż rodziców. No i niestety często wybierają bycie "online", niż "offline".
Nie jest łatwo zorganizować atrakcyjne dla całej rodziny wakacje. Jeszcze trudniej jest zorganizować przyjemne wakacje gdy ma się pewne ograniczenia w postaci choroby, wózka inwalidzkiego czy diety. W naszym przypadku jest to dieta bezglutenowa i lek, który należy przechowywać w lodówce. Tak więc na wakacje wybieramy domki z aneksem kuchennym. Cześć prowiantu wozimy ze sobą, nie stołujemy się w restauracjach, a będąc na lodach pytamy o skład. Nie mamy wakacji od gotowania, lecz jemy taniej i zdrowiej niż przeciętny turysta. Na całe szczęście dieta bezglutenowa już nie budzi zdziwienia i z dostępem do produktów i posiłków bezglutenowych  jest coraz lepiej. Dla zainteresowanych podaję poniżej link do wykazu gastronomii bez glutenu. Ja raczej wybieram z tej listy cukiernie, bo młody na wiele zdrowych potraw ma "długie zęby".
https://menubezglutenu.pl/

Wakacje Mikołajka z ADHD.
 Wspominałam już we wcześniejszych wpisach, że dzieci z ADHD charakteryzują się nadpobudliwością i hiperaktywnością.Mają problem z cierpliwością, przebywaniem w jednej pozycji i zachowaniem ciszy. Dzieci te często zwracają uwagę swoim głośniom impulsywnym zachowaniem. Dla wielu rodziców (w tym mnie) przebywanie z adechadowcem w miejscu publicznym jest stresem. Kościół, muzeum czy restauracja to miejsca, których będąc z synem unikam. Tam należy być cicho, nie wolno biegać i dotykać, a przecież ręce i nogi aż "swędzą" by to zrobić, a buzia sama się otwiera. No i zazwyczaj jest tam po prostu nudno szczególnie dla dziecka z deficytem uwagi. Więc chociaż w teorii się wie jak należy się zachować trudno się kontrolować.
Poza wyjściem z dziećmi stresujące dla mnie bywa przebywanie w cudzym domu  i to z dwóch powodów. Po po pierwsze, bo coś może zniszczą, pobrudzą i po drugie jak zareagują nieznajomi na krzyki i kłótnie, których ciężko uniknąć.  Sąsiedzi w większości przypadków znając nas od lat postrzegają młodego jak urocze "żywe srebro". Wiedzą też że wrzaski za naszymi drzwiami nie oznaczają patologii, która wymaga interwencji.
Dotychczas mieliśmy szczęście trafiać na fajnych gospodarzy i mimo różnych zachowań dzieci nie było żadnego konfliktu.Chociaż nie obyło się bez nerwowych sytuacji po których miałam ochotę spakować manele i wrócić do domu. Tak było na przykład rok temu nad morzem, gdzie w pierwszy dzień młody zaraz po wejściu zaczął z impetem skakać po kanapie. Następnie wybiegł z domu trzaskając drzwiami, aż zegar ze ściany spadł. Więc po kilkugodzinnej jeździe miałam ochotę wrócić do domu. Reszta urlopu na szczęście była spokojniejsza, niż dzień przyjazdu.
W tym roku mieliśmy pecha trafić na nadgorliwego wynajmującego. Okazało się, że dom który wynajęliśmy zimą jest zamieszkany przez siedemdziesięcioletnich właścicieli. W lecie natomiast mieszkają oni w domku naprzeciwko. Dom był pełen różnych rzeczy ubrań, bibelotów i innych gratów gospodarzy. Właściciel z pozoru sympatyczny pan już na wstępie powiedział, że nie lubi wynajmować, bo z wynajmującymi są same problemy. Pierwszego dnia był u nas kilka razy  (przyniósł sól, potem cukier), następnego przyszedł na pogaduchy z moimi rodzicami, którzy nas odwiedzili. Wszystkie jego wizyty i telefony teoretycznie wynikały z dbałości o nasze zadowolenie, lecz nas frustrowały. Czuliśmy się obserwowani i pilnowani. Poza nadgorliwym właścicielem nerwową atmosferę wprowadzały dzieci, które pozbawione komputera i towarzystwa rówieśników narzekały na nudę i kłóciły się na potęgę. Któregoś dnia zadzwonił wynajmujący z pretensjami, że niszczymy jego mienie, bo pościel jest na balkonie i moknie.  Nie wiedziałam, że pościel jest na balkonie (młody ją tam wyniósł), tak samo jak nie wiedziałam, że pada. Bąknęłam "przepraszam" i poszłam na górę by sprawdzić co z tą pościelą. Deszcz ledwo kropił i róg kołdry był trochę mokry. Powiesiłam ją w pokoju nawrzeszczałam na syna za to, że zostawił  ją na deszczu. Pięć minut później kolejny telefon tym razem z pretensjami, że nie rozwiesiłam kołdry na suszarce stojącej pod dachem przed domkiem. Pan mówił do mnie jak do głupiej małolaty, która zostawia mokrą kołdrę by zgniła. W tym momencie nie wytrzymałam i nawrzeszczałam na gospodarza, mówiąc, że swoim zachowaniem psuje nam wakacje itp. Kiedy złość mi przeszła chciałam załagodzić konflikt, ale Pan jeszcze bardziej zaczął nas obrażać, więc zdecydowałam o wyjeździe. Wróciliśmy do domu trzy dni wcześniej i chyba tylko ja byłam rozgoryczona tym faktem. Dzieci wręcz były zadowolone z powrotu do domu. Żal mi było syna, bo był świadomy tego, że on był powodem tej awantury. Prawda jest jednak taka, że o wiele gorzej zachowywał się właściciel, który uprzykrzał wakacje swoją inwigilacją.

Jeszcze będzie cudownie
Na szczęście to nie koniec wakacji i mamy jeszcze inne wyjazdy zaplanowane. Dzieci mają jechać do cioci i na obozy (każdy z nich gdzie indziej). Natomiast ja, mąż i pies będziemy dreptać po górach i delektować się ciszą i widokami. Mam też w planach tydzień w którym zatroszczę się o siebie ćwicząc na turnusie rehabilitacyjnym.
Bardzo ważne jest by rodzina spędzała czas ze sobą, lecz także by był czas tylko we dwoje no i "solo".
Więcej o tzw. "life balance" napiszę innym razem.
Trzymajcie się zdrowo. NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI !!!

niedziela, 21 czerwca 2020

Spełniona "czterdziestka"

Stało się to co było nieuniknione, kartka z kalendarza się odwróciła po raz kolejny, a moje 39 przeszło w 40!!! W dzień moich czterdziestych urodzin tylko pogoda nie dopisała. Poza aurą za oknem to był wspaniały dzień, czułam się kochana, lubiana, piękna i wspaniała. 


Rycząca? nieee - spełniona - tak "czterdziestka"

 Mąż bardzo zadbał o to bym była zadowolona, zrobił smakowity obiad, upiekł pyszny bezglutenowy tort i podarował prezent od serca. Dzieci tego dnia też się starały i obyło się bez awantury. Ja także sprezentowałam sobie miłe chwile z wizytą u kosmetyczki i dniem z małymi przyjemnościami. Wiele osób dzwoniło i pisało do mnie by złożyć życzenia urodzinowe.

Ten dzień (podobnie jak kilka poprzednich) upłynął mi bardzo refleksyjnie. Z powodu okrągłej 40 dużo myślałam o sobie i moim życiu. I doszłam do tego satysfakcjonującego wniosku, że jestem szczęśliwa i spełniona.

Spotkałam się z tym, że kobietę w moim wieku określa się mianem "rycząca czterdziestka". Z ciekawości wpisałam teraz to określenie w Google oto  kilka definicji tego hasła:

  • kobieta w wieku około czterdziestu lat, która jeszcze jest atrakcyjna, ale czując, że się starzeje, stara się wykorzystać pozostały jej czas i zachowuje się nachalnie wobec mężczyzn
  • pot. potocznie dojrzała, kobieta ubierająca i zachowująca się jak nastolatka, próbująca ukryć upływ czasu.

Jak widać określenie to ma nieco prześmiewczy i negatywny wydźwięk. I tak mi się też kojarzy -  z łanią na rykowisku, która desperacko próbuje zwabić samca.

Uważam jednak, że przypisywanie czterdziestoletnim Panią zachowującym się w ten sposób takiej etykiety za niesprawiedliwe. Bo  co złego  jest w tym, że chcą wyglądać młodo i atrakcyjnie jednocześnie nie chcą być samotne?  Nie!  Tym bardziej, że o czterdziestolatku zachowującym się w ten sam sposób mówi się, że  "przeżywa drugą młodość".

Nie wiem czy ktoś patrząc na mnie nazwałby mnie "ryczącą czterdziestką.  Ja, choć ubieram się w dziale młodzieżowym (głównie ze względu na rozmiar) i staram się wyglądać atrakcyjnie uważam, że nie zasługuję na ten epitet.

Jestem natomiast kobietą ze sporym bagażem doświadczeń życiowych, świadomą siebie i przede wszystkim spełnioną.


Czterdziestka lepsza niż dwudziestka.

Wiele prawdy jest w powiedzeniu, że każdy wiek rządzi się własnymi prawami i ma swoje wady i zalety.

Z perspektywy lat wspominając moją młodość uważam, że teraz mam najlepszy czas. Mając lat dwadzieścia niepewnie stąpałam po początkującej dorosłości. Byłam wtedy zakompleksiona, samotna, z wielkimi marzeniami i kiepskimi perspektywami. Nawet młody wygląd nie był wtedy atutem, bo wyglądałam jak nieletnia nastolatka.

Kończąc trzydziestkę miałam  już poukładane życie, lecz czułam się zagubiona w macierzyństwie i zmęczona dorosłością. Nieco zaniedbana i niemyśląca o sobie uwsteczniająca się w rozwoju "matka polka".

Dopiero gdzieś  w okolicach 35 urodzin zaczęłam myśleć o sobie. Biorąc udział w rożnego rodzaju projektach zaczęłam korzystać z kursów i staży. Poszerzyłam swoje znajomości i horyzonty działań, pojawiło się coś więcej niż dom i dzieci. Polepszyło się też w moim małżeństwie, myślę, że z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dzieci mniej absorbują i mamy więcej czasu dla siebie. Po drugie otwarliśmy się bardziej na siebie, jesteśmy bardziej autentyczni wobec siebie dzięki czemu znamy siebie lepiej.

Uważam też, że pomimo "kurzych łapek" i pięciu kilo więcej wyglądam lepiej niż dwadzieścia lat temu. Dużo bardziej dbam o zdrowie i urodę, a także dobór garderoby. Nie wstydzę się przyznać, że na poprawę mojego wyglądu miały wpływ zabiegi kosmetyczne i operacja plastyczna. Mam piękny biust, który kiedyś był moim ogromnym  (a raczej mini) kompleksem, makijaż permanentny i uwielbiam hybrydę na paznokciach. Jem zdrowiej, dużo mniej stosuję tzw. używek i ćwiczę jogę.

W mojej metryce zatem  widzę zdecydowanie więcej plusów niż minusów.


Moje życzenia urodzinowe

Zdmuchiwać świeczki w kształcie cyfr 40 pomyślałam o tym żeby.... ciiiiiii bo się nie spełni.

Mam wiele planów i celów które chcę zrealizować. Chcę nadal się rozwijać i zdobywać wiedzę i doświadczenie w wielu zakresach. Ciągle wierzę, że mimo czterdziestu lat na karku odnajdę się zawodowo w czymś co da mi satysfakcję i pieniądze z wykonywanej pracy. Nadal chcę poznawać nowych ludzi i bywać w ciekawych i pięknych miejscach.

Przede wszystkim pragnę zdrowia, spokoju i stabilizacji życiowej. Postanawiam jeszcze bardziej o siebie zadbać, przede wszystkim "wrzucić na luz" i pozbyć się balastu stresu, który codziennie sama sobie dostarczam.

Ostatnio przeczytałam książkę "Szlag mnie trafił" autorstwa L. Grassa opisującą prawdziwą historię Pani Moniki, która w wieku 39 lat miała udar. Historia "Rudej" dała mi wiele do myślenia i otworzyła oczy na to co w życiu najważniejsze. Cieszę się, że córka w Empiku zauważyła tę książkę i zasugerowała (biorąc pod uwagę tytuł) że to jest książka dla mnie.

Kończąc mimo że, może banalnie to zabrzmi napiszę oczywistą oczywistość:

Żyjąc pamiętajmy że, życie to najcenniejszy, a zarazem najbardziej kruchy i tylko raz mam dany dar.

NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI !!!


poniedziałek, 1 czerwca 2020

Dzieciństo ma duże znaczenie



Ostatni tydzień był pod znakiem rodzinnego świętowania. Najpierw święto miały mamy, dziś dzień dziecka, a pod koniec miesiąca taty. Więc ten post będzie o tym co znaczy dla mnie macierzyństwo, a także o relacjach dziecko -rodzic.
Ja dziecko
Nie miałam beztroskiego dzieciństwa, ani też moje dzieciństwo nie było traumatyczne. Niepełnosprawność nie była dla mnie fizycznym utrudnieniem, ale wpływała na moje relacje rówieśnicze. Początkowo były one złe, ale z biegiem lat ulegały poprawie i udało mi się nawiązać kilka przyjaźni. W szkole też było różnie, byłam traktowana na równi z kolegami, ale też bywałam traktowana ulgowo lub przeciwnie miałam "przerąbane".
W domu czułam się kochana i akceptowana, lecz z drugiej strony pozostawiona samej sobie. Dzieciństwo miało słodko-gorzki smak. Wiem, że  rodzice mnie kochali ale nie postępowali odpowiedzialnie i  nieświadomie obarczali mnie swoimi problemami. Według mnie mama zbyt szybko wyszła za mąż i została matką. Tata mimo, że starszy od mamy nie dorósł do roli męża i ojca. Ona w wieku 20 lat została matką wcześniaka i nie miała oparcia w mężu. On mimo deklaracji, że kocha nie umiał wziąć odpowiedzialności za rodzinę i chciał żyć po kawalersku. Dlatego od wczesnego dzieciństwa patrzyłam na płacz matki, pijaństwo ojca i ich nieudany związek. Mimo, że brakowało mi pozytywnych wzorców dorastałam z przekonaniem, że ja mogę żyć lepiej i świat nie jest taki zły.
Nie wiem jaką córką jestem dla swoich rodziców.  Nie byłam łatwym dzieckiem. Z jednej strony miałam szalone pomysły, z drugiej byłam uparta. Lubiłam chodzić własnymi drogami i ekspresyjnie wyrażać emocje. Dziś niestety nie mam z rodzicami dobrych relacji. Mijamy się zupełnie w sposobie myślenia i życia. Najbardziej boli mnie to, że nadal ze sobą walczą obarczając mnie wzajemnymi pretensjami.  Mój dom rodzinny nie jest synonimem domowego ogniska. Jednak bardzo kocham moich rodziców i życzę im jak najlepiej. Martwię się o nich i staram się o nich dbać.

Ja matka
Zawsze marzyłam o byciu żoną i matką. Czułam, że jeśli nią zostanę to pokaże, że jestem pełnosprawną kobietą. Jednak widząc dwie kreski na teście byłam przerażona. Bałam się o to, czy poradzę sobie z małym człowieczkiem całkowicie zależnym ode mnie. Później do strachu przed macierzyństwem doszedł niepokój o zdrowie dziecka. Oczywiście miałam też pozytywne odczucia wobec stanu błogosławionego. Cieszył mnie ciążowy brzuszek i kopniaki maleństwa. Ze wzruszeniem patrzyłam na obraz usg i słuchałam galopującego tętna. Z przyjemnością wiłam gniazdko i prasowałam słodkie malutkie ciuszki. Porodu się nie bałam, ze względu na wąską miednicę i problemy neurologiczne miałam zaplanowane  c.c. Cieszę się, że moje dzieci przyszły na świat przez c.c. ponieważ oboje mieli ciasno okręconą pępowinę wokół szyi.  W walentynki 2007 roku zostałam mamą najpiękniejszej dziewczynki na świecie. Córka nie tylko była urocza ale też grzeczna i bezproblemowa. Od początku w opiece nad dzieckiem pomagał mi dumny tata i we dwoje doskonale radziliśmy sobie z maleństwem. Szybko chciałam mieć drugie dziecko, lecz ze względu na c.c. musiałam odczekać paręnaście miesięcy.  W styczniu 2009 roku znów byłam dumna, że jestem ciąży. Tym razem  zarówno ciąża jak  i pierwsze miesiące życia syna nie były łatwe. Być może wynikało to z jego problemów zdrowotnych, które zostały zdiagnozowane kilka lat później. Mimo wszystko bez pomocy babć, czy niań daliśmy radę z dwójką. Od początku macierzyństwa byłam mocno skupiona na swoich dzieciach. Do dzisiaj mój świat kręci się głównie wokół dzieci. Nie jest to "najzdrowsze" podejście do rodzicielstwa ponieważ dzieciom coraz bardziej ciąży matczyny oddech na plecach. Zdaję sobie sprawę, że za bardzo je kontroluję czuwając nad każdym krokiem . Moje "kwocze" postępowanie z jednej strony źle wpływa na nasze relację, z drugiej jednak zaowocowało zdiagnozowaniem syna. Pracuję teraz nad tym, żeby "wrzucić na luz".
Jakie są nasze relacje? Chyba trochę w włoskim klimacie. Bardzo się kochamy, jesteśmy dla siebie całym światem, jednocześnie często się ścieramy głośno wyrażając swoje emocje.  Okazujemy sobie miłość, czułość i zrozumienie, ale też frustracje, smutek i złość. Rozmawiamy, krzyczymy i milczymy, śmiejemy się i płaczemy prosimy, dziękujemy i przepraszamy.
Kocham bardzo swoje dzieci od samego poczęcia i będę je zawsze kochać. Mam nadzieję, że za 10-20 lat nadal będziemy dla siebie ważni.  Wszystkiego dobrego dla każdego z nas, bo każdy z nas był dzieckiem i jego cząstkę nadal w sobie nosi. NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI !!!

niedziela, 17 maja 2020

Edukacja zdalna w ADHDowskim (i nie tylko) wydaniu


Co szkoła to obyczaj

Mija już drugi miesiąc od kiedy dzieciaki nie chodzą do szkoły. Nauka w domu szumnie zwana zdalną edukacją stała się pandemiczną codziennością. Ministerstwo Edukacji  dało swoje wytyczne zbyt ogólne, by była mowa o ogólnopolskim standardzie realizacji programowej w trybie nauki zdalnej. Podobnie tak  jak w przypadku nauki tradycyjnej, tak i zdalnej jakość nauczania zależny od samego nauczyciela i jego zaangażowania w wykonywaną pracę. Prawdopodobnie nie bez znaczenia jest też to, w jakim stopniu dyrektor szkoły nadzoruje pracę swojej kadry. Przypuszczam, że najlepiej sytuacja wygląda w szkołach płatnych, gdzie rodzice ucznia są klientami płacącymi za szkołę jak za usługę. Koleżanka pracująca w takiej szkole zobligowana jest nie tylko do prowadzenia lekcji online wg. planu obowiązującego w semestrze, ale także do zmodyfikowania scenariusza lekcji. Zgoła odwrotna sytuacja jest zapewne w tych regionach gdzie jest duży problem z dostępem do komputerów i internetu.
Przeczytałam, że nauczyciele sygnalizują iż ok. 18% uczniów nie bierze udziału w zdalnym nauczaniu. Z jednej strony są rodziny biedne i co gorsze są też takie, w których oprócz biedy jest też alkohol i przemoc. W takich domach, gdzie na co dzień nie są zaspakajane elementarne potrzeby dzieci nie ma warunków do nauki. Obecna sytuacja obnaża więc mit o równym dostępie do edukacji w naszym kraju.Z drugiej strony są rodziny gdzie jest sprzęt, ale też są pracujący rodzice, którym ciężko jest nadzorować naukę zbuntowanego nastolatka pochłoniętego światem wirtualnym.
Moje dzieci chodzą do publicznej podstawówki w dużym mieście. Na początku pandemii nauka zdalna to był jeden wielki chaos. Nauczyciele wysyłali listę zadań do zrobienia poprzez różnego rodzaju komunikatory lub  nie "odzywali" się wcale. Od około miesiąca szkoła prowadzi zdalną naukę za pośrednictwem platformy  umożliwiającej prowadzenie lekcji online i zdalnej edukacji. Platforma wg. mnie jest fajnie pomyślana i ma wiele przydatnych funkcji. Niestety nie wszyscy nauczyciele (ale także uczniowie) nie umieją wykorzystać jej możliwości. Wprowadzenie takiego narzędzia powinno się wiązać z przeszkoleniem użytkownika z zakresu jego wykorzystywania.  Podczas obecnej formy nauczania uwydatniają się braki uczących w kwestii wykorzystania dobrodziejstw  technologii informatycznej w nauczaniu. W tym temacie swoimi umiejętnościami dzieciaki często przewyższają zarówno rodziców jak i nauczycieli. Niemniej jednak w "naszej" szkole zdalna nauka zaczyna "mieć ręce i nogi". Większość lekcji prowadzona jest online, dzięki temu dzieci mają kontakt z nauczycielem i kolegami.

Zdalna nauka w adhdowskim wydaniu to...

... swoista wojna domowa!
Przed nastaniem "ery corona wirusa" planowałam napisać nauce szkolnej  dziecka z ADHD. Mam nadzieję, że po wakacjach będę mogła napisać o tym jak wygląda edukacja syna w tradycyjnym, szkolnym wydaniu.  Teraz pozwolę sobie trochę ponarzekać na obecny stan - postaram się przy tym nie płakać, WRZESZCZEĆ i przeklinać.
We wcześniejszym poście wspominałam już o tym, że zaburzenie mojego syna wiąże się z deficytem uwagi. Deficyt uwagi = zła koncentracja = problemy w szkole. Dziecko z ADHD ma problem nie tylko z samą nauką ale też z ogarnięciem szkolnej rzeczywistości. Często jest nieuważne na lekcji, nie zapamiętuje omawianych informacji, nie notuje, nie wie co jest zadane do domu itp. Na sprawdzianie zamiast na pisaniu odpowiedzi skupi się na szukaniu odpowiedniego pisadła lub przeoczy kilka zadań.  W przypadku  dzieci z ADHD na szkolny sukces, czy porażkę większy wpływ mają nauczyciele i rodzice niż sam uczeń. Tak więc w trosce o syna pilnuję jego obowiązków szkolnych. Przygotowuję do sprawdzianu, pilnuję odrabiania zadań i spakowania plecaka. W pakiecie bycia mamą adhdowca przypadła więc mi rola szkolnego kapo. Mimo, że staram się rzetelnie wykonywać obowiązki "strażnika edukacji" i tak zdarzają się złe stopnie. Mama przypilnuje, żeby się spakował, ale nie ma już wypływu na to czy się wypakuje. Podobnie nie powie na lekcji "skup się", gdy młody myślami gdzieś "odleci". Już podczas standardowej nauki i lekcjach w szkole nie jest lekko, bo to co było  na zajęciach praktycznie musimy przerobić raz jeszcze. Teraz niestety jest o wiele trudniej, bo z jednej strony muszę pilnować harmonogramu lekcji. Z drugiej według syna zadaję dużo materiału do nauki żeby zrobić mu na złość. No i co najważniejsze, gdy dzieci są w szkole mamy czas by od siebie odpocząć i za sobą zatęsknić. Obecnie, gdy od samego rana wchodzę w rolę szkolnego strażnika często popołudniu jesteśmy skłóceni i nie mamy ochoty na wspólne towarzystwo.
Poza tym pozostaje jeszcze sprawa czasu spędzonego przed komputerem.Jak wiadomo nadmiar bodźców pochodzących z elektroniki szkodzi dzieciom, a przy ADHD szkodzi jeszcze bardziej. Moje dzieci, podobnie jak większość dzieciaków, mają duży problem oderwać się od elektroniki. Gry, kanały na youtube i komunikatory pochłaniają je bez pamięci. Wcześniej korzystali z elektroniki głównie w celach rozrywkowych, wolnym czasie przez okres ustalonego dziennego limitu. Teraz gdy komputer stał się ich szkolnym przyborem czas spędzony przy nim  znacznie się wydłużył. Oprócz lekcji online należy zapoznać się z przysłanymi informacjami i odesłać zadanie. Najgorsze jest jednak to, że dzieci bardziej ciągnie do łatwej rozrywki, niż do przyswajania wiedzy. Zdarza się oszukiwanie rodziców i nauczycieli podczas zdalnej nauki. Wyciszone mikrofony, pootwierane zakładki z grami i filmikami to nagminne zachowania zwłaszcza u nastolatków. Czuję rozgoryczenie kantowaniem i robieniem w przysłowiowego balona przez własną piersią wykarmione potomstwo. Mogłabym przestać się wciekać i udać, że nie widzę, ale nie zgadzam się na takie zachowanie dzieci. Dlatego razem z mężem programistą staramy się zrobić wszystko by ukrócić ten proceder. Tak wojna domowa z edukacją w domu (nie mylić z domową) w tle trwa....

Zdalna edukacja to nie edukacja domowa

Spora część społeczeństwa obecną sytuację uczenia się dzieci w domu mylnie nazywa edukacją domową. Edukacją domowa z obecną sytuacją, poza tym, że dzieci nie chodżą do szkoły ma niewiele wspólnego. Edukacja domowa jest najwcześniejszą formą nauki, która istniała dużo wcześniej niż obowiązek szkolny. Dawniej to głównie niepracujące matki zajmowały się uczeniem swoich dzieci w domu. Nie wchodząc w szczegóły historii edukacji domowej  napiszę  tylko, że od 1991 roku w Polsce obowiązek szkolny można realizować w  takiej formie.
Dziecko jest zapisane do danej szkoły lecz nie jest uczone przez nauczycieli, uczy się z w domu z rodzicami, a w późniejszym etapie samo. Taki uczeń jest zobowiązany do opanowania podstawy programowej danego przedmiotu, a następnie zaliczenia go podczas egzaminu. Nie znam jednak szczegółowszych informacji na temat ustawowych wytycznych dotyczących nauczania domowego,  Z tematem edukacji domowej zetknęłam się kilku lat temu, gdy brat męża razem z żoną taką formę nauki wybrali dla swoich dzieci. Moim zdaniem edukacja domowa ma wiele niezaprzeczalnych plusów:
  • przerabiane danego materiału można indywidualnie dostosować do potrzeb, umiejętności, zainteresowań i  cech osobowości danego dziecka,
  • uczenie może odbywać się w dogodnym miejscu, czasie i formie,
  • nauka zajmuje mniej czasu (odpadają szkolne formalności i nie ma "szkoły po szkole"),
  • dzieci często uczą się praktycznie i mogą skupić się na tym co je interesuje (bratankowie między innymi, zrobili inkubator z którego wykluł się kurczak będący kolejnym zwierzakiem domowym);
  •  dzieci nie doświadczają szkolnej przemocy.
Pewno można by się dopatrzeć się minusów tej formy nauczania, ale to  zależy od danego dziecka, rodzica i ich podejścia do nauki.. Takiej formie nauki zarzuca się  brak kontaktów rówieśniczych, lecz patrząc na rodzinny przykład widzę, że dzieciaki socjalizują się podczas tzw. "zajęć dodatkowych". Z całą pewnością edukacja domowa wymaga dużo większego zaangażowania rodzica i dziecka w naukę niż podczas nauki szkolnej. Bardzo podoba mi się idea edukacji domowej i przez jakąś chwilę się zastanawiałam nad rezygnacją ze szkoły. Jednak doszłam do wniosku, że w naszym przypadku nie będzie to dobre rozwiązanie. Myślę, że w większości rodzin borykających się z problemem ADHD  zarówno dziecku jak i rodzicom potrzebny jest czas "odpoczynku od siebie".
To tyle na dziś, NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI!!


niedziela, 3 maja 2020

Witaj majowa jutrzenko

 

Zamiast nienapisanego

Zaczynając pisać bloga obiecałam sobie, że będę publikować posty co dwa tygodnie. Niestety posta planowanego na zeszły tydzień  nie opublikowałam, ba nawet nie skończyłam pisać. Stało się tak, że temat który postanowiłam poruszyć okazał się dla mnie zbyt osobisty i trudny. Mam nadzieję, że jeszcze wrócę do posta "Ciemna strona Wenus" i będę gotowa podzielić się moimi odczuciami wobec biologicznego aspektu bycia kobietą (bo o tym miał być kolejny wpis).
Przewrotnie tak jak nie spodziewałam się, że posta temat kobiecości nie ukończę, tak nie spodziewałam się, że wezmę się za pisanie posta dotyczącego demokracji i Polski.  Właśnie dziś w 229 rocznicę uchwalenia pierwszej w Europie i drugiej na Świecie Konstytucji chciałabym napisać o moich przemyśleniach dotyczących polskiej demokracji.

"Kto ty jesteś? Polak mały..."

 Urodziłam się w kilka lat przed zmianą ustroju w Polsce i jak przez mgłę pamiętam wybory prezydenckie w 1990 roku nazywane pierwszymi wolnymi wyborami prezydenta powojennej Polsce.  Choć miałam 10 lat pamiętam podniosłość tej chwili, kiedy razem z rodzicami szłam do lokalu wyborczego. Dużo lepiej pamiętam referendum  w sprawie Konstytucji w 1997 roku i choć jeszcze nie mogłam brać w nich udział  przeczytałam dostarczaną do każdego domu książeczkę z tym najważniejszym aktem prawnym. Uczucie podniosłości chwili towarzyszyło mi także podczas pierwszych wyborów w których jako osoba pełnoletnia brałam udział. Wtedy miałam poczucie, że mogę wpłynąć na sytuacje w kraju i ode mnie zależy to jak będą rządzić Polską. Naiwność nieopierzonej dorosłości szybko mnie opuściła i  pozostała kropla rozczarowania tym co się dzieje na arenie politycznej kraju. Idąc na kolejne wybory coraz częściej nie potrafiłam wybrać kandydata którego popieram i oddawałam mój głos był przeciw innemu. Niestety z biegiem lat kapiąca kropla po kropli przekształciła się w rzekę rozgoryczenia, którą odczuwam dzisiaj.
Pierwszy raz czuję wielki niepokój o to, co z tą Polską będzie.  Nie dość, że  gospodarka tonie z powodu pandemii, to jeszcze  na moich oczach umiera polska demokracja. Nocne posiedzenia sejmu, pisana w pospiechu ustawa o wyborach korespondencyjnych i manipulacja medialna to wg. mnie działania mające cechy reżimu.
Zaledwie tydzień przed wyborami prezydenckimi nie ma zatwierdzonego aktu prawnego określającego zasady przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych, a w obecnej sytuacji niewyobrażalne jest także przeprowadzenie wyborów w lokalach wyborczych. Ponadto w warunkach izolacji nie było możliwości przeprowadzenia dla większości kandydatów kampanii wyborczej. W tej sytuacji uprzywilejowani był jeden kandydat często pokazywany w samych superlatywach w telewizji publicznej . Tak więc, czy wybór prezydenta może się obecnie odbyć w sposób demokratyczny?
Dziś jeszcze nie wiem co będzie za tydzień,  lecz obawiam się, że ustawodawca zobowiąże mnie do odesłania karty wyborczej, czyli wzięcia udziału w korespondencyjnych wyborach. A co za tym idzie posiadane prawo wyborcze, nie będzie już prawem tylko nakazem ograniczającym moją wolność obywatelską zagwarantowaną w Konstytucji. Poza tym prawdopodobne jest także, że w związku z przeprowadzeniem w tej formie wyborów prezydenckich zostanie złamanych kilka innych przepisów prawnych obecnie obowiązujących w Polsce.

Z okazji Święta Konstytucji życzę Tobie Polsko i Sobie - Polce:

  • rządzących stojących na straży Konstytucji i obowiązująco prawa,
  • rzeczywistego trójpodziału władzy, czyli niezawisłości sądownictwa i faktycznego oddzielenia władzy wykonawczej od ustawodawczej,
  • prawdziwie świeckiego państwa z widocznym oddzieleniem państwa od kościoła,
  • wyborów poprzedzonych równą kampanią i zachowujących zasadę powszechności, dobrowolności i tajności głosowania,
  • równości wobec praw i obowiązków dla wszystkich obywateli, bez stosowania przez rządzących zasady "co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie",
  • odbudowy gospodarki i umocnienia polskiej waluty.
Tymi życzeniami kończę dziś mój post, mam nadzieję, że moją szczerością na temat obecnej sytuacji  politycznej nikogo nie uraziłam, ani do siebie nie zraziłam. 
NIECH MOC BĘDZIE Z NAMI !!!

 

M - jak miłość i małżeństwo

  Siódmy październik jest w moim kalendarzu szczególnym dniem, ponieważ tego dnia w 2006 roku brałam ślub. Nie jestem szczególnie przesądn...